Archiwum bloga

Wisława Szymborska - kopie wierszy z lat 2008 - 2010 ŚWIATA POEZJI

Wisława Szymborska - NIEKTÓRZY LUBIĄ POEZJĘ 
Wisława Szymborska -  Ella w niebie
Wisława Szymborska - Wietnam
Wisława Szymborska – Tak bardzo pozostali sami
Wisława Szymborska – Hania
Wisława Szymborska – Monolog psa zaplątanego w dzieje.
Wisława Szymborska - Ze wspomnień
Wisława Szymborska - ” Kot w pustym mieszkaniu 
Wisława Szymborska – „Rozmowa z kamieniem.”
Wisława Szymborska - Głos w sprawie pornografii
Wisława Szymborska - Rozwód 
Wisława Szymborska  - Wszelki wypadek
Szymborska Wisława  - Nienawiść
Wisława Szymborska  - Krótkie życie naszych przodków.
Wisława Szymborska - Pamięć nareszcie




Wisława Szymborska - NIEKTÓRZY LUBIĄ POEZJĘ 


Niektórzy – 
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich, ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.
Lubię – 
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim
lubi się głaskać psa.
Poezję -
tylko co to takiego poezja,
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego

jak zbawiennej poręczy.



Wisława Szymborska

Ella w niebie




Modliła się do Boga,
modliła gorąco,
żeby z niej zrobił
białą szczęśliwą dziewczynę.
A jeśli już za późno na takie przemiany,
to chociaż, Panie Boże, spójrz ile ja ważę
i odejmij mi z tego przynajmniej połowę.
Ale łaskawy Bóg powiedział Nie.
Położył tylko rękę na jej sercu,
zajrzał do gardła, pogłaskał po głowie.
A kiedy będzie już po wszystkim – dodał -
sprawisz mi radość przybywając do mnie,
pociecho moja czarna, rozśpiewana kłodo.












Tadeusz Makowski
  Wisława Szymborska - Wietnam                                             

Kobieto, jak się nazywasz? – Nie wiem.
Kiedy się urodziłaś, skąd pochodzisz? – Nie wiem.
Dlaczego wykopałaś sobie norę w ziemi? – Nie wiem. 
Odkąd się tu ukrywasz? – Nie wiem. 
Czemu ugryzłaś mnie w serdeczny palec? – Nie wiem.
Czy wiesz, że nie zrobimy ci nic złego? – Nie wiem.
Po czyjej jesteś stronie? – Nie wiem.
Teraz jest wojna musisz wybrać. – Nie wiem.
Czy twoja wieś jeszcze istnieje? – Nie wiem.

Czy to są twoje dzieci? – Tak.



Wisława Szymborska - Tak bardzo pozostali sami


Tak bardzo pozostali sami,
tak bardzo bez jednego słowa
i w takiej niemiłości, że cudu są godni ?
gromu z wysokiej chmury, obrócenia w kamień.

Dwa miliony nakładu greckiej mitologii,
ale nie ma ratunku dla niego i dla niej.

Gdyby ktoś chociaż stanął w drzwiach,
cokolwiek, choć na chwilę, zjawiło się i znikło,?
pocieszne, smutne, zewsząd i znikąd,
budzące śmiech albo strach.

Ale nic się nie zdarzy. Żadne, samo z siebie,
nieprawdopodobieństwo.
Jak w mieszczańskiej dramie
będzie to prawidłowe do końca rozstanie,
nie uświetnione nawet dziurą w niebie.

Na ściany niezachwianym tle,
żałośni jedno dla drugiego,
stoją naprzeciw lustra, gdzie
nic prócz odbicia dorzecznego.

Nic prócz odbicia dwojga osób.
Materia ma się na baczności.
Jak długa i szeroka i wysoka,
na ziemi i na niebie i po bokach
pilnuje przyrodzonych losów
- jak gdyby sarenki nagłej w tym pokoju
musiało runąć Uniwersum.







Teodor Axentowicz

Wisława Szymborska 

– Hania


Widzicie, to jest Hania, służąca dobra.
A to nie są patelnie, to są aureole.
A ten rycerz ze smokiem to jest święty obraz
A ten smok to jest marność na tym łez padole.

A to żadne korale, to Hani różaniec.
A to buty z nosami startymi od klęczeń.

A to jej chustka czarna jak nocne czuwanie,
kiedy z wieży kościoła pierwszy dzwon zadźwięczy.


Ona widziała diabła kurz ścierającego z lustra:
Był siny, proszę księdza, w takie żółte prążki
i spojrzał tak szkaradnie, i wykrzywił usta,
i co będzie, jeżeli wpisał mnie do książki?

Więc ona da na bractwo i da na mszę święta,
i zakupi serduszko ze srebrnym płomieniem.
Odkąd nową plebanię budować zaczęto,
od razu wszystkie diabły podskoczyły w cenie.

Wielki to koszt wywodzić duszę z pokuszenia,
a tu starość idzie i kość kością stuka.
Hania jest taka chuda, tak bardzo nic nie ma,
że zabłądzi w bezmiarze Igielnego Ucha.

Maju, oddaj kolory, bądź jak grudzień bury.
Gałązko ulistniona, ty się wstydź za siebie.
Słońce, żałuj, że świecisz. Biczujcie się chmury.
Wiosno, owiń się śniegiem, a zakwitniesz w niebie.

Nie słyszałam jej śmiechu, płaczu nie słyszałam.
Wyuczona pokory, nic od życia nie chce.
Towarzyszy jej w drodze cień ? żałoba ciała,

a chustka postrzępiona ujada na wietrze.






 Hitler bardzo lubił swojego psa Blondi. Blondi towarzyszyła swemu panu w jego najtrudniejszych chwilach. Pozwalał jej spać w swoim pokoju i spędzał z nią wolny czas, ucząc psich sztuczek i bawiąc się.

Wisława Szymborska –

Monolog psa zaplątanego w dzieje.


* * *
Są psy i psy. Ja byłem psem wybranym.
Miałem dobre papiery i w żyłach krew wilczą.
Mieszkałem na wyżynie, wdychając wonie widoków
na łąki w słońcu, na świerki po deszczu
i grudy ziemi spod śniegu.
Miałem porządny dom i ludzi na usługi.
Byłem żywiony, myty, szczotkowany,
wyprowadzany na piękne spacery.
Jednak z szacunkiem, bez poufałości.
Każdy dobrze pamiętał, czyim jestem psem.
Byle parszywy kundel potrafi mieć pana.
Ale uwaga-wara od porównań.
Mój pan był panem jedynym w swoim rodzaju.
Miał okazałe stado chodzące za nim krok w krok
i zapatrzone w niego z lękliwym podziwem.
Dla mnie były uśmieszki
z kiepsko skrywaną zazdrością.
Bo tylko ja miałem prawo
witać go w lotnych podskokach,
tylko ja żegnać-zębami ciągnąć za spodnie.
Tylko mnie wolno było
z głową na jego kolanach
dostępować głaskania i tarmoszenia za uszy.
Tylko ja mogłem udawać przy nim, że śpię,
a wtedy on się schylał i szeptał coś do mnie.
Na innych gniewał się często i głośno.
Warczał na nich, ujadał
biegał od ściany do ściany.
Myślę, że lubił tylko mnie
i więcej nigdy, nikogo.
Miałem też obowiązki: czekanie, ufanie.
Bo zjawiał się na krótko i na długo znikał.
Co go zatrzymywało tam, w dolinach, nie wiem.
Odgadywałem jednak, że to pilne sprawy,
co najmniej takie pilne
jak dla  mnie walka z kotami
i wszystkim, co się niepotrzebnie rusza.
Jest los i los. Mój raptem się odmienił.
Nastała któraś wiosna,
a jego przy mnie nie było.
Rozpętała się w domu dziwna bieganina.
Skrzynie, walizki, kufry wpychano na samochody.
Koła z piskiem zjeżdżały w dół
i milkły za zakrętem.
Na tarasie płonęły jakieś graty, szmaty,
żółte bluzy, opaski z czarnymi znakami
i dużo, bardzo dużo przedartych kartonów,
z których powypadały chorągiewki.
Snułem się w tym zamęcie
bardziej zdumiony niż zły.
Czułem na sierści niemiłe spojrzenia.
Jakbym był psem bezpańskim,
natrętnym przybłędą,
którego już od schodów przepędza się miotłą.
Ktoś zerwał mi obrożę nabijaną srebrem.
Ktoś kopnął moją miskę od kilku dni pustą.
A potem ktoś ostatni, zanim ruszył w drogę,
wychylił się z szoferki
i strzelił do mnie dwa razy.
Nawet nie umiał trafić, gdzie należy,
bo umierałem jeszcze długo i boleśnie
w brzęku rozzuchwalonych much.
Ja, pies mojego pana.



Wisława Szymborska

Ze wspomnień


Gawędziliśmy sobie, 
zamilkliśmy nagle. 
Na taras weszła dziewczyna, 
ach, jak piękna, 
zanadto piękna 
jak na nasz spokojny tutaj pobyt.

Basia zerknęła w popłochu na męża. 

Krystyna odruchowo położyła dłoń 
na dłoni Zbyszka. 

Ja pomyślałam: zadzwonię do ciebie, 
jeszcze na razie – powiem- nie przyjeżdżaj, 
zapowiadają właśnie kilkudniowe deszcze.

Tylko Agnieszka, wdowa, 
powitała piękną uśmiechem. 








Mam dużo ulubionych wierszy i ulubionych poetów. Ale są takie wiersze, które mogę czytać ciągle i zawsze. Nie Jestem  na pewno oryginalna – bo  są one znane i lubiane przez wielu miłośników poezji.


Jednym z nich jest  Wisławy Szymborskiej -  Kot w pustym mieszkaniu


  
Umrzeć – tego nie robi się kotu. 

Bo co ma począć kot 
w pustym mieszkaniu. 
Wdrapywać się na ściany. 
Ocierać między meblami. 

Nic niby tu nie zmienione, 
a jednak pozamieniane. 
Niby nie przesunięte, 
a jednak porozsuwane. 

I wieczorami lampa już nie świeci. 
Słychać kroki na schodach,  
ale to nie te. 
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk, 
także nie ta, co kładła. 

Coś się tu nie zaczyna 
w swojej zwykłej porze. 
Coś się tu nie odbywa 
jak powinno. 

Ktoś tutaj był i był, 
a potem nagle zniknął 
i uporczywie go nie ma. 

Do wszystkich szaf sie zajrzało. 
Przez półki przebiegło. 
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło. 
Nawet złamało zakaz  i rozrzuciło papiery. 

Co więcej jest do zrobienia. 
Spać i czekać. 

Niech no on tylko wróci, 
niech no sie pokaże. 
Już on się dowie, 
że tak z kotem nie można. 

Będzie się szło w jego stronę 
jakby się wcale nie chciało, 
pomalutku,  
na bardzo obrażonych łapach. 
I żadnych skoków pisków na początek.




Wisława Szymborska –
                             „Rozmowa z kamieniem.”


Pukam do drzwi kamienia.
- To ja wpuść mnie.
Chcę wejść do Twojego wnętrza,
Rozejrzeć się dokoła,
Nabrać ciebie jak tchu.

- Odejdź- mówi kamień.-
Jestem szczelnie zamknięty.
Nawet rozbite na części
Będziemy szczelnie zamknięte.
Nawet starte na piasek
Nie wpuścimy nikogo.

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja, wpuść mnie
przychodzę z ciekawości czystej.
Życie jest dla mnie jedyną okazją.
Zamierzam przejść się po Twoim placu,
A potem jeszcze zwiedzić liść i kroplę wody.
Niewiele czasu na to wszystko mam.
Moja śmiertelność powinna Cię wzruszyć.

-Jestem z kamienia – mówi kamień-
i z konieczności muszę zachować powagę.
Odejdź stąd.
Nie mam mięśni śmiechu.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja wpuść mnie.
Słyszałam, że są w Tobie wielkie puste sale,
Nie oglądane, piękne nadaremnie,
Głuche, bez echa czyichkolwiek kroków.
Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz.

-Wielkie i puste sale- mówi kamień-
ale w nich miejsca nie ma.
Piękne, być może, ale poza gustem
Twoich ubogich zmysłów.
Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy.
Całą powierzchnią zwracam się ku Tobie,
A całym wnętrzem leżę odwrócony.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja, wpuść mnie.
Nie szukam w Tobie przytułku na wieczność.
Nie jestem nieszczęśliwa.
Nie jestem bezdomna.
Mój świat jest wart powrotu.
Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.
A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,
Nie przedstawię niczego prócz słów,
Którym nikt nie da wiary.

-Nie wejdziesz- mówi kamień.-
brak ci zmysłu udziału.
Żaden zmysł nie zastąpi Ci zmysłu udziału.
Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia
Nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.
Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,
Ledwie jego zawiązek,wyobraźnię.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja wpuść mnie.
Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków
Na wejście pod Twój dach.

-Jeżeli mi nie wierzysz- mówi kamień-
zwróć się do liścia, powie to,co ja.
Do kropli wody, powie to, co liść.
Na koniec spytaj włosa z własnej głowy.
Śmiech mnie rozpiera, śmiech,olbrzymi śmiech,
Którym śmiać się nie umiem.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja wpuść mnie.

-Nie mam drzwi- mówi kamień.




Wisława Szymborska
            Głos w sprawie pornografii

Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie.
Pleni się ta swawola jak wiatropylny chwast
na grządce wytyczonej pod stokrotki.
Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe nazywanie rzeczy po imieniu,
rozwiązłe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów – w to im właśnie graj.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.
Wyrodne córki deprawują ojca.
Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.
Inne im w smak owoce
z zakazanego drzewa wiadomości
niż różowe pośladki z pism ilustrowanych,
cała ta prostoduszna w gruncie pornografia.
Książki, które ich bawią, nie mają obrazków.
Jedyna rozmaitość to specjalne zdania
paznokciem zakreślone albo kredką.
Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł!
Nie zna takich pozycji nawet Kamasutra.
W czasie tych schadzek parzy się ledwie herbata.
Ludzie siedzą na krzesłach, poruszają ustami.
Nogę na nogę każdy sam sobie zakłada.
Jedna stopa w ten sposób dotyka podłogi,
druga swobodnie kiwa się w powietrzu.
Czasem tylko ktoś wstanie,
zbliży się do okna
i przez szparę w firankach
podgląda ulicę




Wisława Szymborska
            Rozwód 






Dla dzieci pierwszy w życiu koniec świata.
Dla kotka nowy Pan.
Dla pieska nowa Pani.
Dla mebli schody, łomot, wóz i przewóz.
Dla ścian jasne kwadraty po zdjętych obrazach.
Dla sąsiadów z parteru temat, przerwa w nudzie.
Dla samochodu lepiej gdyby były dwa.
Dla powieści, poezji – zgoda, bierz co chcesz.
Gorzej z encyklopedią i sprzętem wideo,
no i z tym poradnikiem poprawnej pisowni,
gdzie chyba są wskazówki w kwestii dwojga imion -
czy jeszcze łączyć je spójnikiem „i”,
czy już rozdzielać kropką.







Wisława Szymborska  - Wszelki wypadek


mal. Dorina Costras


Zdarzyć się mogło.
Zdarzyć się musiało.
Zdarzyło się wcześniej. Później. Bliżej. Dalej.
Zdarzyło się nie tobie.

Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padał deszcz. Bo padał cień.
Bo panowała słoneczna pogoda.

Na szczęście był tam las.
Na szczęście nie było drzew.
Na szczęście szyna, hak, belka, hamulec,
Framuga, zakręt, milimetr, sekunda.
Na szczęście brzytwa pływała po wodzie.

Wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo.
Co było to było gdyby ręka, noga,
O krok, o włos
Od zbiegu okoliczności.
Więc jesteś?
Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
Sieć jednooka, a ty przez to oko?
Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.
Posłuchaj

Jak mi prędko bije twoje serce.



Szymborska Wisława  - Nienawiść


mal. David Alfaro Siqueiros




Spójrzcie, jaka wciąż sprawna, 
jak dobrze się trzyma 
w naszym stuleciu nienawiść 

Jak lekko bierze wysokie przeszkody, 
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść. 

Nie jest jak inne uczucia. 
Starsza i młodsza od nich równocześnie. 
Sama rodzi przyczyny, 
które ją budzą do życia. 

Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym. 
Bezsenność nie odbiera jej sił, ale dodaje. 

Religia nie religia 
byle przyklęknąć na starcie. 

Ojczyzna nie ojczyzna - 
byle się zerwać do biegu. 

Niezła i sprawiedliwość na początek. 
Potem już pędzi sama. 

Nienawiść. Nienawiść. 
Twarz jej wykrzywia grymas 
ekstazy miłosnej. 

Ach, te inne uczucia - 
cherlawe i ślamazarne. 

Od kiedy to braterstwo 
może liczyć na tłumy? 

Współczucie czy kiedykolwiek 
pierwsze dobiło do mety? 

Zwątpienie ilu chętnych porywa za sobą? 
Porywa tylko ona, które swoje wie. 
Zdolna, pojętna, bardzo pracowita. 

Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni. 
Ile stronic historii ponumerowała. 
Ile dywanów z ludzi porozpościerała 
na ilu placach, stadionach. 


Nie okłamujmy się: 
potrafi tworzyć piękno. 

Wspaniałe są jej łuny czarną nocą. 
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie. 

Trudno odmówić patosu ruinom 
i rubasznego humoru 
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie. 

Jest mistrzynią kontrastu 
miedzy łoskotem a ciszą, 
miedzy czerwoną krwią a białym śniegiem. 

A nade wszystko nigdy jej nie nudzi 
motyw schludnego oprawcy 
nad splugawioną ofiarą. 

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa. 
Jeżeli musi poczekać, poczeka. 

Mówią że ślepa. Ślepa? 
Ma bystre oczy snajpera  
i śmiało patrzy na przyszłość 


- ona jedna. 


Wisława Szymborska  - Krótkie życie naszych przodków.

















Niewielu dożywało lat trzydziestu.
Starość to był przywilej kamieni i drzew.
Dzieciństwo trwało tyle co szczenięctwo wilków.
Należało się śpieszyć, zdążyć z życiem
nim słońce zajdzie,
nim pierwszy śnieg spadnie.

Trzynastoletnie rodzicielki dzieci,
czteroletni tropiciele ptasich gniazd w sitowiu,
dwudziestoletni przewodnicy łowów -
dopiero ich nie było, już ich nie ma.

Końce nieskończoności zrastały się szybko.
Wiedźmy żuły zaklęcia
wszystkimi jeszcze zębami młodości.

Pod okiem ojca mężniał syn.
Pod oczodołem dziadka wnuk się rodził.
A zresztą nie liczyli sobie lat.
Liczyli sieci, garnki, szałasy, topory.

Czas, taki hojny dla byle gwiazdy na niebie,
wyciągał do nich rękę prawie pustą
i szybko cofał ją, jakby mu było szkoda.

Jeszcze krok, jeszcze dwa
wzdłuż połyskliwej rzeki,
co z ciemności wypływa i w ciemności znika.

Nie było ani chwili do stracenia,
pytań do odłożenia i późnych objawień,
o ile nie zostały zawczasu doznane.

Mądrość nie mogła czekać siwych włosów.
Musiała widzieć jasno, nim stanie się jasność,
i wszelki głos usłyszeć, zanim się rozlegnie.

Dobro i zło -
wiedzieli o nim mało, ale wszystko:
kiedy zło tryumfuje, dobro się utaja;
gdy dobro się objawia, zło czeka w ukryciu.

Jedno i drugie nie do pokonania
ani do odsunięcia na bezpowrotną odległość.

Dlatego jeśli radość, to z domieszką trwogi,
jeśli rozpacz, to nigdy bez cichej nadziei.
Życie, choćby i długie, zawsze będzie krótkie.

Zbyt krótkie, żeby do tego coś dodać .



Wisława Szymborska - Pamięć nareszcie



Pamięć nareszcie ma, czego szukała.
Znalazła mi się matka, ujrzał mi się ojciec.
Wyśniłam dla nich stół, dwa krzesła. Siedli.
Byli mi znowu swoi i znowu żyli.
Dwoma lampami twarzy o szarej godzinie
błyśli jak Rembrandtowi.

Teraz dopiero mogę opowiedzieć,
w  ilu snach się tułali, w ilu zbiegowiskach
spod kół ich wyciągałam,
w ilu agoniach przez ile mi lecieli rąk.

Odcięli– odrastali krzywo.
Niedorzeczność zmuszała ich do maskarady.
Cóż stąd, że to nie mogło ich poza mną boleć,
jeśli bolało ich we mnie.

Śniona gawiedź słyszała, jak wołam mamo
do czegoś, co skakało piszcząc na gałęzi.
I był śmiech, że mam ojca z kokardą na głowie.
Budziłam się ze wstydem.

No i nareszcie.
Pewnej zwykłej nocy,
z pospolitego piątku na sobotę,
tacy mi nagle przyszli, jakich chciałam.
Śnili się, ale jakby ze snów wyzwoleni,
posłuszni tylko sobie i niczemu już.
W głębi obrazu zgasły wszystkie możliwości,
przypadkom brakło koniecznego kształtu.

Tylko oni jaśnieli piękni, bo podobni.
Zdawali mi się długo, długo i szczęśliwie.

Zbudziłam się. Otwarłam oczy.
Dotknęłam świata jak rzeźbionej ramy.


z tomu „Sto pociech”, 1967

Brak komentarzy: