piątek, 31 maja 2019

LILLA LATUS


Lilla Latus

Jest laureatką kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich.
Jej wiersze, artykuły i przekłady poezji amerykańskiej publikowane były w wielu czasopismach, a także w radiu i telewizji oraz za granicą.


Dlaczego piszę?  " piszę z potrzeby zatrzymania ulotności chwili i z zachwytu nad potęgą Słowa."

Ernest Bryll o poezji Lili Latus:

„Trudno opisywać te wiersze, bo doskonałość w nich zawarta jest i w tym, że innymi słowami niż słowa wiersza nie da się ich wytłumaczyć.
Wszystko napisane inaczej może stać się czymś banalnym albo brutalnym.
A dlaczego nie jest? To jest tajemnica dobrej poezji"




LILLA  LATUS

CREDO

nie wierzę w raj
bez psa z kulawą nogą
bez czarnego kota
przebiegającego drogę
Panu Bogu

nie wierzę w raj
bez motyla
który nie potrafi odróżnić
kapusty od fiołka
bez mrówki uginającej się
pod ciężarem sosnowej igły

nie wierzę w raj
bez muchy natrętnie
rysującej aureole
nad głowami świętych
bez papużek szczęśliwie
nierozłącznych
i bez pawia
dumnie
zasłaniającego tęczę

wierzę w raj
otwarty na oścież


CZWARTY FILAR

czy będziesz mnie kochał
gdy będę miała 90 lat
przestanę farbować włosy
i depilować nogi ?

czy będziesz ze mną
przebierać paciorki
różańca
gdy na okiennej szybie
ukaże się twarz Chrystusa?

czy będziesz gładził
moją rękę
pokrytą starczymi plamami?

czy będzie z nami
nasza nie ubezpieczona miłość? 




czwartek, 30 maja 2019

Elżbieta Lipińska - Pamięć

Adolf Humborg


Andrij Bondar:

„na początku było słowo 'pamięć'
"na początku było słowo 'już' ''

Nie, nie, Andriju, pamięć to nie jest początek,
ona rośnie jak ciasto, potrafi być wszystkim:
środkiem, końcem i życiem, kiedyś, teraz, potem,
splecionym z cienkich nitek w bardzo gruby bicz.

Pamięć to niebieściutkie, jak te chabry w zbożu
oczy mojego dziadka, pierwsza ważna śmierć,
trzydziesta piąta książka, dziewiąta planeta,
najpiękniejsza muzyka i ostatnia krew.

Pierwsze w brzuchu kopnięcie, ósmy pocałunek
któraś kolejna zdrada, siedemnasty wiersz,
bardzo trudne wyrazy, których nie ma prawa
być w ogóle na świecie, jednak są, jak wiesz,

tak, jak Plantageneci albo profitrolki
i pięknie bielejący pod słońcem beginaż
z czerwonym krzykiem dachów albo co tam chcesz.
Na przykład prejudykat. Czym więc ona jest?

Cokolwiek byś powiedział - słowa, słowa, słowa.
I dopiero na końcu słyszysz twarde „już"

środa, 29 maja 2019

Marian Hemar - ROZMOWA Z KSIĘŻYCEM


 Lata II wojny  światowej , to czas emigracji setek  tysięcy ludzi . Opuszczali swoje Ojczyzny i swoje rodzinne strony - by nigdy do nich nie wrócić. Ich los jak wiemy podzielił jeden  z najwybitniejszych polskich satyryków i twórców kabaretowych, wielki patriota polski - Marian Hemar.
Lwowianin z urodzenia, kochał Lwów wręcz bałwochwalczo. Polska i Lwów - to były dwie miłości Hemara. Gorące umiłowanie rodzinnego kraju i rodzinnego miasta nie opuściło go nigdy, trwało w nim aż do śmierci.. Jego wiersze z czasów emigracji były pełne nostalgii i tęsknoty za rodzinnym miastem.

Zmarł w miasteczku Dorking pod Londynem. Nie udało mu się urzeczywistnić marzenia by złożyć głowę na cmentarzu lwowskim.:

"Ach, jak to się stało?
Z wszystkich tęsknot do świata, do złota
Do tryumfów, i wieńców na głowie,
Pozostała ta jedna tęsknota,
Aby kiedyś umierać we Lwowie.
Pozostała tęsknota jedyna,
Wszystkie inne tęsknoty zagłusza:
Gdy ostatnia wybije godzina,
By z lwowskiego wybiła ratusza."

Jego tęsknota do ukochanego kraju i miasta znajdowała częściowo ujście w nostalgicznej, urokliwej poezji.

                                         ROZMOWA  Z  KSIĘŻYCEM
                           
                               

Księżyc w Londynie na niebie
Zagląda w okno me.
W milczeniu patrzymy na siebie
Przez chwilę, albo dwie.
I nagle dreszcz wyobraźni

Przenika mnie na wskroś —
Bo słyszę — słyszę wyraźni —
Że on do mnie szepce coś:

  Ta ludzie kochane! Ta Matko Królewska
Taż oczom nie wierzę — to panna Majewska!

A pani się patrzy, jak obca na obcego,
Jakby pani nie spoznała księżyca lwowskiego!
A jak pani na Corsie chodziła szpacerem
I na ławce w Stryjskim Parku siedziała z kawalerem
I w bramie na dobranoc, jak on panią całował —
To kto wtedy w chmurach dyszkretnie się chował?

Czy ja tak się zmienił, czy tak się postarzał,
Żeby dziwczuk ze Lwowa mnie nie zauważał?
Czy ja się tak posunął, posiwiał i zbrzydł?
Ach, pani Majewska — faktyczni, że to wstyd!

Wstyd chwycił mnie niewymowny,
Połknęłam w gardle łzy.
I mówię — księżycu szanowny —
Ta joj — to pan? To ty?
Powiedz mi — niech pan mi powie,
Co słychać? Czy pan zdrów?
Pan teraz tu? Nie we Lwowie?
Pan tyż już — opuścił Lwów?

Ta co pani gada? Ta pani Majewska!
To szczęście, że ja panią znam od oseska!
Taż ja tam po Lwowie co nocy szpaceruję,
Od bramy do bramy, jak pies tak waruję,
Od Kopca do Corsa, od Corsa do Dworca,
Bez chwili urlopu, jak nocny dozorca.
Po rynnach się ślizgam, po dachach się posuwam,
I srebrzę i złocę, uważam i czuwam,
I w każdym zaułku i na każdym zakręcie
Pilnuję tego Lwowa — na wasze przyjęcie!
Ja tylko tu na chwilę — bo tam teraz świt —
A pani mnie posądza!... Faktycznie, że to wstyd!

 Więc ja wyciągam ramiona —
A on na górze lśni —
I wołam jak jakaś szalona:
Księżycu! Powiedz mi!
Powiedz mi tylko dwa słowa,
Ty mi to wyjaw sam —
Kiedy ja wrócę do Lwowa?
Czy w ogóle wrócić mam?

Ta co za pytanie? Ta pani Majewska —
Ta jasne
— a wtem jakaś chmurka niebieska
Zasnuła go z boku i mrokiem go zawlokła
I próżno się patrzę — wychylam się z okna —

I deszcz zaczął siąpić i błyszczy się ulica
I niebo jest czarne i nie ma księżyca
A ja myślę: Tym lepiej. A ja myślę:
Nie szkodzi On teraz we Lwowie po Łyczakowskiej chodzi
I w każdym zaułku i na każdym zakręcie
Pilnuje — sam powiedział — na moje przyjęcie

Już w oknie londyński zieleni się świt.
A ja płaczę i śmieję się. Faktycznie, aż mnie wstyd.

Marian Hemar.


wtorek, 28 maja 2019

Mickiewicz Adam - Golono, strzyżono


U nas, kto jest niby chory,
Zwołuje zaraz doktory;
Lecz czując się bardzo słaby
Prosi chłopa albo baby.
Ci ze swego aptekarstwa
Potrafiają i podagrze,
I chiragrze, i głuchotom,
I suchotom, i głupotom
Radzić. A i u nich wszakże
Nie masz na upór lekarstwa.

Mieszkał Mazur blisko Zgierza,
Któremu zginęła suka,
Straż domostwa i spichlerza.
Gdy jej z żalem i kłopotem
W okolicy całej szuka,
Wróciła się tydzień potem.

Ledwie poznał, że to ona;
Bo była wpół ogolona.


"O zbóje! zeby ją skryli,
Używają takich figli,
Że biedaczkę wygolili!"

"Powiedz raczej, że ostrzygli
- Robi mu uwagę żona -
Bo psów nie golą, lecz strzygą".

"A no patrzajcies no mi go, -
- Odpowie Mazur z przekąsem -
Jakaś ty mi dyć uczona!
Mając gołe jak pięść lice,
Chcesz nauczać nas pod wąsem,
Co jest brzytwa, co nozyce?
Przecież dobrze, suko miła,
Ześ tu jest, choć ogolona".

"I jam rada, ze wróciła, -
- Odpowiada na to żona -
Choć wróciła ostrzyzona".


"A nasz pan, co mu łysina
Przyświeca się jak ta psina,
Myślisz, ze jest postrzyzona?..."

"A wąsiki ekonoma, -
- Odpowiada zaraz żona -
Co mu wiszą jak u soma,
A błyscą jak namascone,
Sąć gólone czy strzyżone?"

"Biez-ci licho tego soma
I pana, i ekonoma, -
- Dobroduszny Mazur rzecze -
Dobrze, ze suka jest doma,
Choć tak szpetnie ogolona".

"Prawdę mówisz, mój człowiecze,
Toć i jam się ucieszyła
- Odpowiada zaraz żona -
Ze się suka powróciła,
Choć tak szpetnie ostrzyzona".

"Głupiaś z twymi nozycami!"
"I ty z twoimi brzytwami!..."
"Ze golona, przypatrzze się!"

"Ze strzyzona, pokaze się!
A dyć-ze to nierówne cięcie,
Co jak kosa trawę siecze".
"A dyć to w skórę zarznięcie,
Jak jak doktor... aż krew ciecze".

Tak się kłócą mąż i żona;
Miasto Zgierz całe się zbiega,
A krzyk wkoło się rozlega:
"Ogólona!" "Ostrzyzona!"

Idzie sąsiad: "Niechaj przyjdzie.
Niech się wpatrzy i przekona".
Jedzie Żyd "Podjedź no, Zydzie.
Czy golona, czy strzyzona?"
Od Żyda aż do plebana,
Od plebana aż do pana,
Sprawa zapieczętowana:
Co rzekł sąsiad, i Żyd potwierdził,
Pleban przyznał, to pan stwierdził:
Że wygrała męska strona,
Że suka jest ogolona.

Wracają do domu strony,
Po drodze chłop pyta żony:
Czy wyroku treść pamięta?
Ona milczy jak zaklęta.

U progu suka ich wita;
"Pódź tu, moja ogolona!"
- Woła mąż, na to kobieta:
"Pódź tu, moja ostrzyzona!"

Mazur wściekł się, już nie gada
Ani żonie odpowiada,
Tylko wziąwszy pod rękawki
Wlecze ją wprost do sadzawki
I topi jak kadź ogórków.
Ona, nie nawykła nurków,
Już się zachłysnęła nieraz;
On, trzymając za ramiona,
Gnębi krzycząc: "A no teraz;
Czy golona, czy strzyzona?"
Biedaczka, ze śmiercią w walce,
Czując skonu paraliże,
Wytknęła tylko dwa palce
I za odpowiedź palcami,
Jakby dwiema nożycami,
Mężowi pod nosem strzyże.

Na ten widok uciekł z wody.
Ona poszła do gospody,
On się puścił aż do Zgierza
I tam przystał za żołnierza.


poniedziałek, 27 maja 2019

Juliusz Słowacki - Hymn o zachodzie słońca na morzu.


Wiersz Juliusza Słowackiego znany jako hymn :" O zachodzie słońca na morzu (Smutno mi, Boże!)." powstał o zachodzie słońca na morzu przed Aleksandrią, 19 października 1836 roku..    

Smutno mi, Boże! – Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą;
Przede mną gasisz w lazurowej wodzie
Gwiazdę ognistą…
Choć mi tak niebo Ty złocisz i morze,

  



Smutno mi, Boże!
Jak puste kłosy z podniesioną głową
Stoję rozkoszy próżen i dosytu…
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
 Ciszę błękitu.
Ale przed Tobą głąb serca otworzę,
 
Smutno mi, Boże!
Jako na matki odejście się żali
Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,
Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali
Ostatnie błyski…
Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,
 
 Smutno mi, Boże!
Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany,
Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,
Widziałem lotne w powietrzu bociany
Długim szeregiem.
Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,
 
Smutno mi, Boże!
Żem często dumał nad mogiłą ludzi,
Żem prawie nie znał rodzinnego domu,
Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi
Przy blaskach gromu,
Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,
 
 Smutno mi, Boże!
Ty będziesz widział moje białe kości
W straż nie oddane kolumnowym czołom;
Alem jest jako człowiek, co zazdrości
Mogił popiołom…
Więc że mieć będę niespokojne łoże,
 
Smutno mi, Boże!
Kazano w kraju niewinnej dziecinie
Modlić się za mnie co dzień… a ja przecie
Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,
Płynąc po świecie…
Więc, że modlitwa dziecka nic nie może,
 
 Smutno mi, Boże!
Na tęczę blasków, którą tak ogromnie
Anieli twoi w niebie rozpostarli,
Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie
Patrzący – marli.
Nim się przed moją nicością ukorzę,
 
Smutno mi, Boże!

niedziela, 26 maja 2019

Józef Baran - Mojej matce

mal.Tasha Tudor



Tak chciałbym ujrzeć Cię promienną:
jak w oknie pośród pelargonii
uśmiechasz się do przechodzących,
"Szczęść Boże" - pozdrawiają Cię znajomi.

Idziemy łąką ramię w ramię,
zrywasz na bukiet kwiaty najpiękniejsze,
a na ustronnej cichej ławce
czytamy wspólnie wiersze.

Potem wracamy hojnie obdarowani
muzyką świerszczy, bławatkowym niebem?
Tak chciałbym ujrzeć Cię promienną,
szczęściem z Tobą łamać się jak chlebem.

sobota, 25 maja 2019

Dora Gabe - poezja



Dora Gabe, właśc. Izidora Petrowa Gabe (ur. 28 sierpnia 1888 w Dybowiku, zm. 16 listopada 1983 w Sofii) - bułgarska pisarka, poetka i tłumaczka m.in.. literatury polskiej. Na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia Dora przebywała w Polsce jako żona Bojana Penewa, wybitnego profesora, pełniącego funkcję radcy ekonomicznego ambasady Bułgarii w Warszawie. W czasie pobytu w Polsce zaprzyjaźniła się z takimi polskimi twórcami jak: Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Jan Kasprowicz, Leopold Staff czy Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy). Ten ostatni namalował w 1924 portret, który wisiał w jej mieszkaniu do końca życia. Wiele swoich wierszy poświęciła swoim polskim przyjaciołom. 


Kochała poezję.... wyraziła swoją do niej miłość w pięknym wierszu "POEZJA":


Erato - muza poezji


To ty uwolniłaś mnie
od męki samotności

kiedy nuda
zżerała mój mózg,
a gorycz zazdrości
"przycupła" pod językiem -
kiedy pożądanie paznokciami
wbiło się w dłonie,
a zmęczone serce
znalazło w piersi schronienie
i tylko pulsujące skronie
zdradzały życie we mnie...


To ty dzisiaj podarowałaś mi
ziemię i ludzi
przybliżyłaś
niebo i gwiazdy
tak, że stałam się ich częścią,
to ty przyspieszyłaś mój krok
i przywróciłaś młodość
nauczyłaś nie wierzyć
odbiciu w lustrze
pokrytemu zmarszczkami czasu
i korą starzejącego się
dębu....

To ty dałaś mi zastrzyk
nowej krwi
tak, że po raz drugi się narodziłam!
Podarowałaś mi milion oczu
bym nawet przez lodowatą ścianę
spostrzegła w sercu człowieka
ukrytą iskrę
jego duszy nie wypalonej
do cna.

To ty uchroniłaś mnie przed pospiesznym sądem
nad niewinnym
bym grzechu ciężkiego
nie popełniła
[nie mam nic do powiedzenia]

O, gdybym mogła tak jak ty
stać się pieśnią
zrodzoną ze mnie samej.
o, gdybyś mogła zawsze
być początkiem dnia

piątek, 24 maja 2019

Julian Tuwim - Do kobiety

Mal.Wiliam John Hennesy



Wobec tego, że najdrobniejszej muszki
Nie zgłębiłem tajemnicy chodu
I z podziwem patrzę na jej nóżki,
Ja, istota człowieczego rodu;
Ani nie znam dotychczas powodu
Zakwitania na wiosnę ogrodów,
Ani Ojca mego dziejów za grobem,
Ani własnych, za życia, nie znam,
I że nie wiem, jakim sposobem
Zamieć światów kołuje gwiezdna.
A już lat mam czterdzieści cztery
I o śmierć się niedawno otarłem
(Dziwny stan, jeżeli mam być szczery:
Uśmiechnąłem się - głęboko - i nie umarłem);
Wobec tego, że nie odróżniam
Chwil od wieków, a mędrca od błazna -
- Bardzo proszę cię, wieczna kobieto,
Bądź mi przyjazna:
Jestem poetą.

Wyjdą z głębin ogrodów bogowie
I ten pierwszy, najsrebrniejszy, opowie,
Czemu wiosną się pąk otwiera,
Czemu owad nóżkami przebiera,
Przyjdzie Ojciec mój, ze snu wyjęty,
I wyjaśni dzieje swoje bezdenne;

Do stóp moich gwiazdy padną senne
I ułożą się w hieroglif zaklęty,
I zrozumiem planetarne odmęty,
I śmierć przyjdzie jeszcze raz, już pewna,
I uśmiechem się nie wykręcę -
Wszystko jedno! Lecz ty, moja rzewna,
Moja jedna, wykochana w męce,
Usiądź przy mnie w śnieżny ranek w cukierence
I na rękach moich połóż ręce,
I spójrz w oczy mi, wieczna kobieto,
I przyjazna bądź. Bądź dobra. Nic więcej.

Jestem tylko poetą. Nic więcej.

czwartek, 23 maja 2019

Marta Fox - Julia wariatka

Gustaw Klimt / 1903/



Nie dziwię się waszym dobrotliwym
I pełnym pobłażliwości uśmiechom,
Tak naprawdę sprawa jest banalna,
Przynajmniej dla was, mających do dyspozycji
Fakty, którym zaprzeczyć nie można

Ale jeżeli potraficie spójrzcie na mnie
Jak na wariatkę, która stałą się Julią
O 20 lat za późno

Zobaczcie, jak unoszę ręce i piersi
Jak krzyczę z rozkoszy oparta
O balustradę swojego balkonu

Zobaczcie jak mewy wyfruwają
Z moich oczu i przynoszą ich dziki
Błysk spragnionym marynarzom

Więc pytam: czy to mało gdy
Księżyc z zazdrości zielenieje
Mężowie ukrywają przede mną swoje żony
By nie zaraziły się obłędem mojej namiętności

Czy to mało gdy pięknieję wpleciona
W jego ręce i nogi i czy to naprawdę złe
Choć na wszystko jest już

Za późno

wtorek, 21 maja 2019

Anna Maria Jopek "Z nadzieją, że nie ma nieistnienia" słowa Marcin Kydryński


Jak myślisz, czy tam, za ostatnią już ciszą,
Tam, skąd się listów nie pisze
Nasze czułe dusze dwie 
znowu rozpoznają się
I czy spotkają się?

Czy dusze znają mowę dotyku?
Czy wymieniają spojrzenia?
Czy mijają się w milczeniu,
Czy w nieznanym nam języku rozumieją się?

Szczęśliwi w niewiedzy znajdą pocieszenie.
Jak dobrze mi z nadzieją że nie ma nieistnienia.

Czy dusze są tu, obok nas, jak powietrze?
Czy są odległe, jak gwiazdy?
Czy unoszą się na wietrze
Albo cicho wiją gniazda z przedwieczornej mgły?

Szczęśliwi w niewiedzy znajdą pocieszenie.
Jak dobrze mi z nadzieją że nie ma nieistnienia.

Czy myślisz, że tam niskie lipcowe słońce
Da swego ciepła nam więcej?
I czy dusze nasze na rozgadanej wonnej łące będą mogły trzymać się za ręce? 

Józef Baran - Bajka o małżeństwie


tak długo płyną już tą łodzią
a wokół
wciąż ten sam krajobraz morski
i słowa jak mewy
przysiadają na rufie łodzi
na włosach rękach ramionach

budzą się o świcie
on zajmuje
miejsce z przodu
ona tuż za nim
siedzą tak blisko siebie że
co chwilę zapominają o swym istnieniu

wyrwani jak ze snu
znów siebie widzą słyszą
by po chwili zgubić z oczu
tak mija im dziesięć... dwadzieścia
trzydzieści lat

słychać tylko rytmiczny plusk wioseł
poruszanych ich rękami

piątek, 17 maja 2019

Czesław Bagiński - Odszedł Przyjaciel

John Climacus



Odszedł Przyjaciel wczoraj rano.
Przed wyjściem, spytał gdzie drabina
i choć narzekał na kolano,
powoli zaczął się do nieba wspinać.

Zrobił się rwetes i harmider,
chciano zatrzymać Go na siłę,
lecz twardo odpowiedział — Idę,
bo z Nim na dziś się umówiłem.

I poszedł, a gdy był wysoko,
z lekkim wahaniem spojrzał z góry,
lecz zaraz strząsnął łezkę z oka,
I poszedł coraz wyżej — w chmury.

czwartek, 16 maja 2019

Agnieszka Osiecka - Moja młodość


Moja młodość niedokończona,

moja młodość onieśmielona,
w leśnych ścieżkach zagubiona,
krótka, jak pierwszy sen...

Moja młodość niewygadana,
moja młodość jak noc nieznana,
dźwigająca od kołyski
szary tren, szary tren...

Mam wielki plan i pomysłów setki dwie,
ale młodość - patrzcie ją, nie chce już cieszyć mnie.
Tak chciałbym biec za młodością, Bóg wie gdzie,


ale ona nie chce już 
słuchać mnie, kochać mnie.

Moja młodość wciąż niby blisko,
moja młodość jest jak lotnisko -
przywołuje, obiecuje,
jeszcze nie, jeszcze nie...

Mam wielki plan i patentów parę ton,
ale młodość- patrzcie ją, widzi już nieba skłon.
A ja chciałbym biec za młodością, Bóg wie gdzie,
tylko ona nie chce już słuchać mnie, kochać mnie.

Moja młodość jeszcze się zjawi,
twoja młodość tak ją zapali,
ze snu zbudzi, zaciekawi,
może tak, może nie...

Twoja młodość nieopierzona,
moją młodość już nie zieloną,
oszołomi i poskromi,
kto to wie, kto to wie...

Mam wielki plan, autostrady świetne znam,
daj mi rękę - dam ci świat, kto by chciał tańczyć sam.
Niech złączą się dwie młodości, Bóg wie gdzie
i powtórzą jeszcze raz: kocham cię, kocham cię. 

wtorek, 14 maja 2019


Thich Nhat Hanh  ur. 11 października 1926) –wietnamski mnich buddyjski, mistrz zen i aktywista ruchów pokojowych. Na całym świecie zakładał klasztory i centra medytacyjne. Od 1982 r. mieszka w założonym przez siebie ośrodku Plum Village na południu Francji.. 
Opublikował kilkadziesiąt książek o medytacji  i pokoju, w tym wiersze, prozę i modlitwy.



Proszę wymów każde z moich imion 

Nie mów, że Cię opuszczam
ja przecież nadal przybywam.

Spójrz uważnie: przybywam w każdej sekundzie,
żeby zostać wiosennym pączkiem na drzewie,
maleńkim ptaszkiem o słabych skrzydełkach,
który w gnieździe uczy się śpiewać,
gąsienicą ukrytą w kwiecie,

klejnotem ukrytym w kamieniu. 

Wciąż przybywam by śmiać się i płakać,
żywić nadzieję i lęk.
Rytm mojego serca odmierza narodziny i śmierć
wszelkiego istnienia.

Jestem ważką, która wylęga się z poczwarki,
i ptakiem, który przylatuje nad rzekę,
w samą porę, by zjeść ważkę.

Jestem żabką radośnie pływającą w stawie
i zaskrońcem, który cicho pełznie w trawie,
żeby pożywić się żabką – nagle zerwał się wiatr.

Jestem dzieckiem Ugandy wychudzonym do kości.
Moje nóżki są cienkie, jak pręty bambusa.
Jestem handlarzem bronią.
Sprzedaję Ugandzie śmiercionośny oręż.

Jestem dwunastoletnią dziewczynką uciekająca na łodzi
zgwałconą przez pirata.
Rzucam się w fale oceanu.
I jestem piratem, a moje serce niezdolne jest kochać,
ani rozumieć.

Jestem członkiem politbiura
w moich dłoniach spoczywa władza
i jestem człowiekiem,
który spłaca ludowi dług krwi
umierając powoli w obozie przymusowej pracy.

Moja radość jest jak wiosna,
pod jej tchnieniem kwitną kwiaty.
Mój smutek jest jak rzeka łez,
zdolna wypełnić sobą cztery oceany.

Proszę, wymień wszystkie moje prawdziwe imiona,
abym mógł naraz usłyszeć cały mój płacz i śmiech,
zobaczyć, że mój smutek i radość są jednym.

Proszę, wymień każde z moich imion
bym się przebudził,
i by otwarły się wrota mojego serca-
bramy współczucia.