Archiwum bloga

niedziela, 9 grudnia 2018

Jeremi Przybora - Biżuteria

Władysław Czachórski

Skarżyła mi się wujenka,
że gdy kochał wuj, to męka.
Zadręczały ją te szały i brewerie.
Za to radość niepomierną
niosła jej wuja niewierność,
bo jej całą zawdzięczała biżuterię.
Hop, hop, hejże ha! Całą biżuterię.

Broszę miała za tę Olę,
co z nią młócił wuj w stodole.
Bransoletę za konkietę madame Lili.
A ten pierścień ze szmaragdem
to wuj dał jej za tę Magdę,
co go w życie z nią o świcie wykosili.
Hop, hop, hejże ha! W życie wykosili.

Pektoralik wuj na święta
kupił wujnie za bliźnięta,
co je wzięła z nim poczęła panna Zocha.
Krzyżyk z kości i emalii
za tę praczkę, co do balii
głową wpadła, gdy ją z nagła wuj pokochał.
Hop, hop, hejże ha! Z nagła wuj pokochał.

Wachlarz z pereł i szyldkretu -
za chanteuse'ę z kabaretu.
A egretkę za subretkę Teklę Pośpiech.
Brylantową aureolę
dał wuj wujnie za pacholę,
gdy zabronił mu kanonik kobiet w poście.
Hop, hop, hejże ha! Ksiądz kanonik w poście.

Tak szafując zdrowiem bujnem,
wuj odumarł Hanię  wujnę.
Pewnej doby wpadł w choroby na ostatek.

A gdy zapalała świece,
to wuj jeszcze zakonnicę...
Po czym: "Haniu - szepnął - za nią to już spadek".

Hop, hop, hejże ha! Wieczny odpoczynek. (Aha, aha)

Tadeusz Różewicz - ŚCIANA



Odwróciła twarz do ściany

przecież mnie kocha
dlaczego odwróciła się ode mnie

więc takim ruchem głowy
można odwrócić się od świata
na którym ćwierkają wróble
i młodzi ludzie chodzą
w krzyczących krawatach

Ona jest teraz sama
w obliczu martwej ściany
i tak już zostanie

zostanie pod ścianą
ogromniejącą
skręcona i mała
z zaciśniętą pięścią


a ja siedzę 
z kamiennymi nogami
i nie porywam jej z tego miejsca
nie unoszę
lżejszej niż westchnienie.

czwartek, 6 grudnia 2018

Edward Estlin Cummings - Noszę Twe serce z sobą

Edward Estlin Cummings, jeden z głównych przedstawicieli nowojorskiej awangardy literackiej pierwszej połowy XX wieku.
Żył i tworzył w Nowym Jorku.
Był czołową postacią nowojorskiej bohemy artystycznej.

Twórca najpiękniejszej poezji miłosnej.



Noszę Twe serce z sobą

Noszę Twe serce z sobą - noszę je w sercu moim

Nigdy się z nim nie rozstaję - gdzie idę Ty idziesz ze mną;
Cokolwiek robię samotnie
Jest to także twoim dziełem, Kochanie

I nie znam lęku przed losem bo Ty jesteś moim losem
Nie pragnę piękniejszych światów - 
Ty jesteś mój świat prawdziwy

Ty jesteś tym co księżyc od dawien dawna znaczył
Tobą jest to co słońce kiedykolwiek zaśpiewa

Oto jest tajemnica której nie dzielę z nikim
Korzeń korzenia 
Zalążek pierwszy zalążka
Niebo nieba nad drzewem co zwie się życiem; 
I rośnie wyżej niż dusza zapragnie 
I umysł zdoła zataić
Cud co gwiazdy prowadzi po oddzielnych orbitach

Noszę Twe serce z sobą - noszę je w sercu moim. 

środa, 5 grudnia 2018

Julian Tuwim - EWA

Daniel Gerhartz





Zaczęło się to dawno, dawno, 
Najdawniej jak pamięć sięga,
Tam, skąd bierze początek
Rodzaju ludzkiego księga.

Pod modrym niebem, w cudnym ogrodzie,
Pod słynnym drzewem, w przewiewnym chłodzie,
Pierwszą wiosną, w pierwszym maju,
Zresztą każdy o tym wie:

Kiedy Adam mieszkał w raju
Bardzo często nudził się,
Spać tam było we zwyczaju,
Więc spoczywał w błogim śnie...

Dalszy ciąg każdy sam sobie dośpiewa.
Słowem: EWA.
I zaraz potem zerwała owoc z drzewa, co nęcił wonią
i blaskiem świecił. Ach, przypadła doń pożądliwymi usty:

Patrz Genezis, rozdział trzeci, ustęp szósty:
Widząc tedy niewiasta, iż dobre drzewo ku jedzeniu, a iż
było wdzięczne ust wejrzeniu a pożądliwe drzewo, dla
nabycia umiejętności wzięła z owocu jego i jadła, i dała
też mężowi swemu, który z nią był i on też jadł.

Od grzechu zaczął się jej świat,
A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna, i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza,
I gołąb i żmija, i piołun i miód,
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna,
Początek i koniec - kobieta, acha!

Luli, mój syneczku, luli, luli,
Matka cię do piersi tuli, tuli,
Choćbyś nawet cały świat przemierzył,
Choćbyś nawet bezmiar szczęścia przeżył,
Nikt ci nie zaśpiewa czulej: luli,
Luli, mój syneczku, luli, luli. 


Lu ją w mordę, a co, psiamać,
To ty mi będziesz gościa brać!
A ja tu chodzę cały rok,
A ty przychodzisz, szarpana w bok,
I szkandał robisz na cały róg,
Rozkwaszę mordę, skarz mnie Bóg!
Bujać mnie będzie! Ja ci pobujam!
Policja! Na pomoc! Gwałtu! Mordujom!

Gdyby nie ty, nie świeciłyby gwiazdy na niebie,
Gdyby nie ty, nie pachniałyby kwiaty na wiosnę,
A z moich ust wykwitają jedynie dla ciebie
Te słowa najsłodsze... miłosne.
Jeśli nie ty, nikt mnie inny w ramionach nie zawrze,
Jeśli nie ty, to kto spełni upojne me sny?
Przytul mnie, weź! Będę kochać jak nigdy, bo zawsze,
Bo wszystko na świecie - to Ty, to Ty! 


Hallo? To ty, Stasiu? Będę mogła... Tak. Idzie. Ja też.
Co? Nie, nie! Nigdy przed północą nie wraca. Co? Ach, ty
świntuszku. No, dobrze, dobrze. Że co? Sumienie? No,
jeszcze trochę dokucza. Ja go doprawdy bardzo kochałam.
Zdawało mi się, że to moja pierwsza i ostatnia miłość.
Zdawało mi się, że gdyby nie on, nie świeciłyby gwiazdy
na niebie... Ale od czasu jak ciebie zobaczyłam, cicho...
Muszę przerwać rozmowę. Więc o siódmej. Całuję...

Od pokus i grzechów świata
W cichym zamknięta klasztorze
Ręce w modlitwie splatam,
Klęczę przed tobą w pokorze,
Umartwiam grzeszne ciało
Postem surowym i biciem,
Ale to wszystko mało
Przed twym obliczem.
Wczoraj ptak, zwiastun wiosny,
Wpadł do samotnej mej celi,
Niech mi wybaczą tę chwilę radości
Twoi anie
li...

Chodzi o to, proszę pani, żeby sukienka była prosta,
najprostsza, ale szalenie dystyngowana. I ta dystynkcja
ma być właśnie w prostocie. Ta prostota w dystynkcji.
Chodzi o zwykłą, wizytową sukienkę. Z przodu zupełnie
gładko, tylko tutaj pani troszeczkę sfałduje, ale ledwo,
ledwo... Żeby było widać i jednocześnie żeby nie
było widać. Z boku pliska, tutaj zmarszczona, tutaj
podniesiona, tutaj opuszczona, tutaj fałda, tu rozcięta,
tu zamknięta, tu upięta: rękaw z pampelotką, tu mereżka,
tu walensjenka, tu guziczki, tu entliczki, tu pentliczki,
kołnierzyczek biały w ząbki, w trąbki, w pompki... Pani
wie. Jak najprościej, a co do wstążeczki, to jest
w "Maison Chiffon" - sama kupię, a zresztą niech pani
kupi, metr: złoty dziewięćdziesiąt...

91, 92, 93, 94, 95, 96... Tętno 96, no to już lepiej...
A temperatura? Sama zobaczę: 38,8. Świetnie. Wczoraj
o tej porze było blisko 40. Wszystko będzie dobrze,
droga pani, niech pani nie płacze.... A teraz proszę wziąć
lekarstwo i spać... spać. 


Prężąc biodra i piersi bezwstydnie,
Błyskiem oczu noc ciemną rozwidnię,
I upałem rozkosznej pieszczoty
Wzniecę pożar czerwony we krwi.
Ośmiornicą oplotę kochanka,
Tajemnicą upoję do ranka,
Kto raz wpadnie w te straszne oploty,
W tym się żądza na zawsze tli.

A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna, i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza...
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna.
Początek i koniec - kobieta - to ja.

1934

wtorek, 4 grudnia 2018

Dezso Kosztolanyi (węgierski poeta 1885-1936r.) - Czy chcesz się bawić?

Willem Haenraets

Słuchaj,
czy chcesz się ze mną bawić, powiedz,
w przygodach i wyprawach towarzyszyć,

trzymając się za ręce w ciemność pobiec,
przystanąć, serca trzepotanie ściszyć?

Chcesz z miną pół surową, pół szelmowską
wody do wina lać umiarkowanie,
rzucać perłami, cieszyć się błahostką,

przez ciżbę strojną w lichym przejść gałganie?

Słuchaj, czy chcesz się ze mną bawić w życie,
codziennie zaczynając je na nowo?

Czy umiesz w długą pluchę lub śnieżycę
w milczeniu pić herbatę rubinową?

Chcesz żyć rozrzutnie, serca strat nie licząc
i tylko z rzadka trwożąc się, że oto
listopad znów przechadza się ulicą,
ten biedaczysko z szeleszczącą miotłą?

Czy chcesz się bawić w ptasi lot za oknem,
w pełzanie płaza niewidoczne w gęstwie,

podróż w nieznane, w stuk pociągu, w okręt,
sen, dobroć, Boże Narodzenie, szczęście?

Czy chcesz się bawić w szczęśliwych kochanków,
w płaczu naiwną i chytrą przejrzystość,

przez nocy tysiąc i tysiąc poranków
zabawę zamieniając w rzeczywistość?

Trzymając się za ręce w ciemność pobiec
i w śmierć się ze mną bawić czy chcesz,

powiedz? 

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Szydzik Zofia - monolog



Boże - tylko nie gaś świecy za wcześnie
podaruj proszę - krótką chwilę jeszcze   

może deszcz wierszy na mnie spadnie
gdy będę gotowa – sama zgaszę
                                                 
…proszę, nie gaś za mnie

życie - zaszumiało – zakręciło w głowie
dlaczego tak krótko – 
Boże - odpowiedz
przepłynęło prawie z szumem rwącej rzeki
kalecząc wartkim nurtem zielone brzegi

a tu jeszcze słów tyle nie wypowiedzianych
tyle modlitw i pieśni tych nie wyśpiewanych
tyle kwiatów przydrożnych w pełnym rozkwicie
tylko rwać i upajać się pięknem w zachwycie

zbieram skrzętnie strzępy dni i godzin
co towarzyszyły mi od chwili narodzin
to wszystko dzisiaj - chcę zebrać w całość
mieszczę w jednej dłoni – ach - jaka małość !


zanim ten kolorowy czar życia pryśnie
mam jeszcze smak na świeże wiśnie
pragnę byt mój miłością dopieścić

dopełnić życia czarę jej smakiem i treścią 

                            

sobota, 1 grudnia 2018

Jonasz Kofta - Sfrunęły z nas

Ventzislav Piriankov


Sfrunęły z nas figowe listki 
Stoimy nadzy 
Już po wszystkim 
Seks jako problem wyogromniał 
Nie nadążył - anatomia 

Sfrunęły z nas figowe listki 
Są specjaliści i specjalistki 
W prasie kąciki fachowych porad 
Co? Kiedy? Gdzie? O jakich porach? 

Pośród rozlicznych źródłowych badań 
Jedno odkrycie rzuca się w oczy 
Dobrze przed faktem chwile pogadać 



Tylko nie bardzo jest o czym 

Ona magister, on też nie potrafi 
Rozbierz się, połóż, ugryź, chwyć! 
Wiemy dokładnie jak się kochać 

Tylko nie wiemy, jak żyć.

piątek, 30 listopada 2018

Andrzej Poniedzielski - KOŁYSANKA DLA MAĆKA







Nie zależy mi żebyś spał
nie powinno mi zależeć
Ty masz swój i ja swój świat
nie wtrącajmy się do siebie
No, jak widzisz traktuję Cię
jak koleżkę z tej samej huśtawki
Chociaż pewnie różnimy się trochę
Choćby tym, że mam większe zabawki

dzieli nas ładnych parę lat
a jak ładnych- sam zobaczysz
sam zobaczysz ile dni
można przeżyć bez rozpaczy
Ile dni jest niesmutnych tak
że się nawet na radość zanosi
Ile takich ludzi, ile wiatrów
że o dobroć nie trzeba ich prosić

Nie zależy mi byś spał
nie powinno mi zależeć
Ty masz swój i ja swój świat
nie wtrącajmy się do siebie
A na jutro zachowaj sen
że spotkali się tu dwaj krasnale
tacy śmieszni, podobni tak
tyle że z całkiem innych bajek.

czwartek, 29 listopada 2018

Walt Whitman - Czy nigdy na ciebie nie przyszła godzina

Alastair Magnaldo

Czy nigdy na ciebie nie przyszła godzina
Boski promień spadający nagle,
aż pękają te bańki mydlane, woda, bogactwo,
Te gorliwe cele działania –
książki, polityka, sztuka, amory,

I nie zostaje zupełnie nic?

Przekład: Czesław Miłosz

środa, 28 listopada 2018

Ernest Bryll - Gdzie są te łąki...


Gdzie są te łąki cośmy brodzili
Gdzie są te ścieżki cośmy schodzili
Gdzie bukowiny cośmy zbłądzili
Gdzie ciemnogrzywy wiatr
Gdzie ten chłopak z gniadą czupryną
Który całował mnie pod buczyną
Gdzie cisza biała nad połoniną
Gdzie bujny zapach traw

Nie zapomnij o nas
Lesie łąko skało
Nie zapomnij o nas
Ptaku drogo trawo
Nie zapomnij o nas
Wodo biała wodo
Nie zapomnij o nas
O nie zapomnij nas
Powróć bujny wiatr
Powróć gorycz traw
Powróć wody chłodny cień
Powróć nocą sen
Powróć dobry dzień
Biała wodo daj nam znak

Gdzie są te noce
Gdy sen przybiega
Aby się łasić jak młody źrebak
Przez góry chmury z samego nieba
Pod nasz rodzinny dom
Gdzie pokonanie serca całego
Gdzie całowanie do dnia białego
Gdzie nasze listy łzami pisane
Gdzie ciepło twoich rąk

wtorek, 27 listopada 2018

Małgorzata Hillar - Miłość


Jest czekaniem
na niebieski mrok
na zieloność traw
na pieszczotę rzęs

Czekaniem
na kroki
szelesty
listy
na pukanie do drzwi

Czekaniem
na spełnienie
trwanie
zrozumienie

Czekaniem
na potwierdzenie
na krzyk protestu

Czekaniem
na sen
na świt

na koniec świata

poniedziałek, 26 listopada 2018

Zbigniew Herbert - Wróżenie


Wszystkie linie zagłębiają się w dolinie dłoni
w małej jamie gdzie bije źródełko losu
oto linia życia patrzcie przebiega jak strzała
widnokrąg pięciu palców rozjaśniony potokiem
który rwie naprzód obalając przeszkody
i nie ma nic piękniejszego nic potężniejszego
niż to dążenie naprzód

jakże bezradna jest przy niej linia wierności
jak okrzyk nocą jak rzeka pustyni
poczęta w piasku i ginąca w piasku
może głębiej pod skórą przedłuża się ona
rozgarnia tkankę mięśni i wchodzi w arterie
byśmy spotykać mogli nocą naszych zmarłych
we wnętrzu gdzie się toczy wspomnienie i krew
w sztolniach studniach komorach
pełnych ciemnych imion

tego wzgórza nie było - przecież dobrze pamiętam
tam było gniazdo czułości tak krągłe jak gdyby
ołowiu łza gorąca upadła na rękę

pamiętam przecież włosy pamiętam cień policzka
kruche palce i ciężar śpiącej głowy
kto zburzył gniazdo kto usypał
kopiec obojętności którego nie było

po co przyciskasz dłoń do oczu
wróżbę stawiamy
Kogo pytasz

niedziela, 25 listopada 2018

Siergiej Jesienin - * * *

* * *

Ukochana, siądź koło mnie,
Popatrzymy sobie w oczy.
Twój cichy wzrok mi przypomni,
Jak się zmysłów zamieć toczy.

Całe to złoto jesieni,
Te jasne pasma na skroniach
Wszystko przyszło jak zbawienie
Niespokojnego nicponia.

Porzuciłem kraj swój dawno,
Gdzie kwitnący gąszcz i łąka,
Aby z miejską gorzką sławą
Całkiem w życiu się zabłąkać.

Aby serce coraz słabiej
Pamiętało ogród lata,
Kiedy przy muzyce żabiej
Poetą rosłem dla świata.

I tam teraz taka jesień...
Klon pod oknem, lipa smętna
Gałęzie daleko wzniesie,
Szuka tych, których pamięta.

Dawno nie ma ich wśród żywych.
A tam, gdzie spoczęły kości,
Miesiąc znaczy w krzyżach krzywych,
Że i my przyjdziemy w gości,

Że i nas po latach trwogi
U tych krzewów przyjdą składać.
Wszystkie falujące drogi
Na żywych zlewają radość.

Droga moja, siądź koło mnie,
Popatrzymy sobie w oczy.
Twój cichy wzrok mi przypomni,
Jak się zmysłów zamieć toczy.









* * * *

Babie lato wolno płynie przez jesienny park.
Z dala ktoś na mandolinie kołysankę gra.
Chodźmy, miły, pod nasz stary dąb,
Jakże kocham ciepło twoich rąk,
Pomyśl, ile to już lat idziemy przez ten świat.

Spostrzegłam dzisiaj pierwszy siwy włos na twojej skroni
l widzisz, miły , przed wzruszeniem trudno się obronić.
Mam przecież w oczach dzień, gdy pierwszy raz ujrzałam ciebie.
Pamiętam każde słowo, każdy uśmiech twój.
Czas nie ostudzi ludzkich serc, gdy mocna miłość płonie.
Całuję pierwszy siwy włos, co zalśnił na twej skroni.
Tak piękną mamy jesień, miły , cichą i pogodną.
Spójrz, jak babiego lata płynie srebrna nić.

Jak obłoki dwa łabędzie przecinają staw.
Człowiek zawsze wracać będzie do lirycznych spraw.
Chodźmy, już się kryje słońca blask,
W domu dzieci oczekują nas.
Pomyśl, ile to już lat idziemy przez ten świat.

sobota, 24 listopada 2018

Krzysztof Daukszewicz - Ballada o martwej naturze na emeryturze

Christian Berentz /1658 - 1722 /

Czasami muszę słuchać staruszek 
Zgarbionych gorzej niż ja 
Bo ich marzenia, nie do ziszczenia 
Są garbem numer dwa 
Wszystkie marzenia, te do zjedzenia 
I te, by coś dla dusz 
A tu podróże na emeryturze 
Na rencie w piecu ruszt 

Co kiedyś było, już się skończyło 
Teraz wspomnienia chodzą po sieniach 
I po pokojach, gdzie w książkach Boya 
Śpi młodość z tamtych lat 
Tylko czasami, podwieczorkami 
Z koleżankami, pod kocykami 
Z herbatnikami i albumami 
Powraca stary świat 

Półmiski srebrne, dawniej potrzebne 
Do uroczystych mięs 
Drzemią pogodnie, choć coraz głodniej 
I przydałby się kęs 
Pluton talerzy też chciałby przeżyć 
Najazd grzybowych zup 
A tu, niestety, tylko apetyt 
Jak z niedobrego snu 

Stara karafka wije się w czkawkach 
Nie może sama żyć 
Bo kieliszeczki chcą naleweczki 
I krzyczą do niej: "Pić!" 
A czajnik stary zdjął okulary 
I nie chce wiedzieć, że 
Chińska herbata, parzona w ratach 
To już herbaty cień 

Co kiedyś było, już się skończyło 
Teraz wspomnienia chodzą po sieniach 
I po szufladach, w których się składa 
Pamiątki z tamtych lat 
Tylko czasami, podwieczorkami 
Ze ściereczkami nad talerzami 
Ponad kurzami, wraz z westchnieniami 
Powraca stary świat 

W krzesłach pluszowych śpi stół dębowy 
I też na pewno śni 
Bo czasy inne, sprzęty gościnne 
Przeżyły swoje dni 
Gdy właściciele mogą niewiele 
To wtedy widać, że 
Martwej naturze na emeryturze 
Także nie wiedzie się 

piątek, 23 listopada 2018

Włodzimierz Wysocki - Kozioł ofiarny (Kazioł otpuscienija)


Był raz sobie las, nie pamiętam gdzie,
otóż w lesie tym pewien kozioł żył,
taki zwykły cap, ot - ni be, ni me,
wzorem wszystkich kóz śmierdział, jadł i pił,

snuł się kozioł po ostępach rozsiewając kozi smród,
czasem meczał, jak to kozioł, coś głupiego,
z oczu starał się zejść, słowem, robił co mógł,
żeby tylko nie czepiano się do niego.

Cicho sobie żył, cały czas się pasł,
nie potrafił ni wierzgać, ni bóść, ni gryźć,
lecz któregoś dnia zdecydował las,
że ofiarnym kozłem ma kozioł być.

Kiedy czasem wilk owcę sobie zje,
albo kilka kur zdusi cichcem lis,
kozła wzywa się, i za grzechy te
kozłu daje się parę razy w pysk,

nie sprzeciwiał się przemocy i cierpliwie znosił los,
zawsze cichy był, ofiarny i pokorny,
nawet niedźwiedź mawiał: "Chłopcy, kozioł to jest ktoś,
przywiązałem się do tej paskudnej mordy!"

Orzekł leśny sejm: kozioł to nasz skarb,
choć przygłupie to, odkupuje zło,
trzeba kozła strzec, kozioł tego wart,
i poza nasz las nie wypuszczać go!

A on sobie żył jakby nigdy nic,
tylko poczuł chęć do niewinnych psot,
zającowi chciał rogi w tyłek wbić,
Z krzaków krzyknął raz, że niedźwiedź jest łotr,

a gdy znowu brał po pysku za to, co nabroił wilk,
bo faktycznie wilk naturę ma dość podłą,
nagle spiął się kozioł w sobie i niedźwiedzi wydał ryk,
choć nie zwrócił nikt uwagi na ten odgłos. 

Wkrótce cały las naszła taka myśl:
skoro wilk i lis się ze sobą żrą,
to niech rządzi ten, kto nie umie gryźć,
kozioł, jasna rzecz, kozioł, tylko on! 




słysząc to wypiął dumnie pierś,
wrzasnął: Poszli won, teraz ja tu pan,
teraz każdy mi będzie z ręki jeść,
teraz, wasza mać, mordy skuję wam!

Poodbieram przywileje, zaprowadzę nowy ład,
porozstawiam was po kątach jak należy,
żaden ssak mi nie podskoczy, żaden płaz i żaden gad,
ja ze wszystkich najważniejsze jestem zwierzę!

Oj, niejeden z was będzie ziemię gryźć,
jeśli tylko coś strzeli mu do łba,
co do grzechów zaś, wiedzcie, że od dziś
o tym, co jest złe, decyduję ja!

Był raz sobie las, nie pamiętam gdzie,
kozioł twardo w nim dzierżył rządów ster,
ostre rogi miał i spojrzenie złe,
zasmakował mu krwawy wilczy żer,

a koźlęta poszły dziarsko młodym wilkom wycisk dać,
żaden wilczek bić się z nimi nie odważy,
skoro tatuś rządzi w lesie, no to czego tu się bać,
fajnie mordę komuś skuć pod okiem władzy!

Tak to kozioł wszedł na tak zwany szczyt,
niech więc dalszy ciąg nie zaskoczy was,
niedźwiedź, ryś i dzik, borsuk, lis i wilk...
dziś ofiarnych kozłów pełen las.