sobota, 24 lutego 2024

Roman Brandstaetter - "Biblio, ojczyzno moja ..."

 

Usłyszałam kiedyś,  wiele lat temu,  że  wierszami Romana Brandstaettera można się modlić.

Gdy zaczęłam poznawać jego poezję zachłysnęłam się nią. Moje zauroczenie trwa do dziś. 

Z pochodzenia Żyd, który na wiarę katolicka przeszedł w dorosłym życiu obdarzony został niespotykaną, wprost niewiarygodną, głęboką miłością do Boga..... Zaszczepioną już w dzieciństwie.... 

W żydowskiej rodzinie Brandstaettera wielką czcią darzono Stary Testament. Z pomocą matki uczył się czytać i pisać po polsku na Piśmie Świętym. 

Dziadek rabin Mordechaj Dawid Brandstaetter rozbudził w nim  miłość do Biblii.  W oparciu o Księgę Rodzaju tłumaczył mu piękno stworzenia świata i odkrywał przed wnuczkiem plany Boże zapisane w faktach historycznych. Ze świadomością poety nierozerwalnie zrosło się przykazanie dziadka:

"Będziesz Biblię nieustannie czytał, będziesz ją kochał więcej niż rodziców, więcej niż mnie, nigdy się z nią nie rozstaniesz. A gdy się zestarzejesz, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, jakie przeczytałeś w życiu, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi".


Poeta w życiu -  codziennie sięgał do Biblii, nazywał  ja „swoją Ojczyzną”. Od siebie dodam - ojczyzną poezji sumienia i miłości. 


Biblio, ojczyzno moja,

Biblio, moja ziemio polska,
Galilejska
I franciszkańska,
O wy, Księgi mojego dzieciństwa,
Pisane dwujęzyczną mową,
Polską hebrajszczyzną,
Hebrajską polszczyzną,
Dwumową
Świętą
I jedyną.
Gdy ma się ku zachodowi
I z lipy przed moim domem opadają liście,
Siedzę nad Tobą,
Biblio,
I wywołuję z Twoich wersetów
Wszystkich najlepszych,
Którzy są dla mnie niedościgłym wzorem,
Wszystkich najpiękniejszych,
Których podziwiam,
Wszystkich szlachetnych,
Którym nie umiem dorównać,


Biblio,
Mówiąca do mnie głosem napomnienia
I głosem nagany,
I głosem gniewu,
I głosem kary,
I głosem potępienia,
I głosem przestrogi,
I głosem sumienia,
Biblio,
Sprawująca nade mną
Sąd.

Gdy ma się ku zachodowi,
A z lipy przed moim domem opadają liście,
Patrzysz na mnie
Oczami Ojca i Syna, i Ducha Świętego,
Oczami moich praojców,
Oczami mojego dziadka,
Oczami mojej żony,
Oczami moich umiłowanych poetów,
Oczami Jana z Czarnolasu, Skargi i Anhellego.

Wołasz do mnie z głębokości
Psalmem krematoriów,
Płaczem nad ruinami walczącej Warszawy,
Lamentem nad zwłokami spalonego getta,
Pamięcią Oświęcimia,
Treblinki,
Majdanka,
Jeremiaszowym jękiem
Moich w dwójnasób umęczonych
Dziejów.

Wszystko jest w Tobie,
Cokolwiek przeżyłem.
Wszystko jest w Tobie,
Cokolwiek kochałem.

Wszystko.
Cały żywot własny
Człowieka,
Żyjącego w nawiedzonym przez szatana
Wieku.
Zaplątany w jego sprzecznościach,
W szaleństwach
I w kłamstwach,
Jak Absalom w gałęziach wisielczego dębu,

Na Tobie uczyłem się żyć.
Na Tobie uczyłem się czytać,
Na Tobie uczyłem się pisać,
Na Tobie uczyłem się myśleć,
Na Tobie uczyłem się prawdy,
Na Tobie uczyłem się prosić o odpuszczenie grzechów,
Na Tobie uczyłem się kochać,
Na Tobie uczyłem się mądrości,
Na Tobie uczyłem się przebaczenia,
Na Tobie uczyłem się pokory,
Na Tobie uczyłem się modlić.
Jeżeli jednak nie nauczyłem się żyć,
Jeżeli nie nauczyłem się czytać,
Jeżeli nie nauczyłem się pisać,
Jeżeli nie nauczyłem się myśleć,
Jeżeli nie nauczyłem się prawdy,
Jeżeli nie nauczyłem się prosić o odpuszczenie grzechów,
Jeżeli nie nauczyłem się kochać,
Jeżeli nie nauczyłem się mądrości,
Jeżeli nie nauczyłem się przebaczać,
Jeżeli nie nauczyłem się pokory,
Jeżeli nie nauczyłem się modlić,
Moja wina,
Moja wina,
Moja bardzo wielka wina.

Już ma się ku zachodowi,
Z lipy przed moim domem opadają liście.
Ludzie z mojego życia bezpowrotnie odchodzą,
Grobów jest więcej niż żywych przyjaciół,
Nawet spłowiał atrament na matczynych listach,
Pisanych do mnie nocą z dzielnicy pogromu.
A ja siedzę nad Tobą,
Biblio,
I uczę się śmierci.
Może tego jednego w końcu się nauczę.

Roman Brandstaetter 


środa, 21 lutego 2024

Roman Brandstaetter - "Z Rozmów z Bogiem"

 
Wiele błądziłem.
 
Mój żal jest koronnym świadkiem
Tego wyznania.
 
Ale cokolwiek się działo w mym życiu,
Zawsze Ciebie kochałem.
 
Nic więcej nie mogę powiedzieć
Na moją obronę.
 
A na to Pan odpowiedział:
- Przypomnę ci słowa
Jednego z mych mędrców:
"Bóg pisze prosto
Na liniach krzywych"...
 
- Wiem o tym, Panie...
Wiem...
Przecież jestem linią
Bardzo krzywą i bardzo zawiłą...
 
Panie,
Wczoraj byłem kimś innym,
Niż jestem dzisiaj.
Powiedz mi zatem,
Który z nas obu
- Ja wczorajszy
Czy ja dzisiejszy -
Jest moim prawdziwym
Ja?


William Croatt


 






A na to Pan odpowiedział:

- Jesteś tym, kim będziesz jutro,
Mój synu...


Roman Brandstaetter

wtorek, 20 lutego 2024

Adam Mickiewicz - BAJKI - TCHÓRZ NA WYBORACH

 



Po owej porażce zwierząt
Wszczął się w ich armii nierząd.
Zwołana wojenna rada,

Z rady zwada;
Każdy każdemu się żali,
Każdy przed każdym się chwali
I każdy winę na każdego wali,






Tchórzowi tylko wszyscy pokój dali.
Obywatel tchórz w rządzie nie zasiadał,
Ani wojskowo nawet nie służył,
Więc w politycznem życiu się nie zużył,

Ufny w niepokalaną swą przeszłość, tak gada
„Obywatele! czas jest przystąpić do kwestji
Czemu przypiszem klęski tej kampanji?
Czy że na wodza brak nam zdolnej bestji?
Nie! Ale my ulegli przesądów tyranji!
Grzesznym przodków obyczajem,
Nie tym buławę oddajem,
Których zasługa i talent wyniosą,
Ale tylko mamy w cenie:
Ci — drapieżne urodzenie,
Tamci — rogate znaczenie,
A owi — socjalne, tłuste położenie.

Otóż dowódzcy nasi, przypatrzcie się kto są?
Lew, prezes, istny pańskich ideał nałogów;
Radca żubr, już dziad, ledwie goni resztą rogów;
Niedźwiedź mruk, niech-no stanie przed wojskiem, co powie?
Z lamparta byłoby coś, ale mu pstro w głowie;
Że pułkownik wilk sławny, toć tylko z rabunków
I z procesu, co zrobił owemu jagniątku;
A o kwatermistrzu lisie
Lepiej przemilczeć zda mi się,
Niźli zazierać do jego rachunków,
Sam się nie tai, że skory do wziątku.
Pominiemy odyńca, pan ten tylko pragnie
Skarbić żołędzie i spoczywać w bagnie.
Przywyklejszy doń, niż do marsowego kurzu:
Co się zaś tyczy osła, ten był i jest błaznem.“

Gdy tchórz tak gadał. Rada wrąc entuzyazmem,
Gotowa za krasomówstwo
Dać mu naczelne wodzostwo,
Odezwała się nagle w jeden głos: „Żyj tchórzu!“
On, stropion krzykiem tym pośród perory,
Zmieszał się, owszem, dał czuć najwyraźniej,
Że był w gwałtownej bojaźni.
Dopiero rozruch. „Precz z nim! pfe! tchórz! a do nory!“
Szczęściem, tuż była. Wśród sarkań i śmiechu
Wpadł w nią i rył bez oddechu,
Aż gdy na sążeń czuł się pod podwórzem,
Rzekł do siebie z ironją czystego sumienia:
„Ot proszę, co też to jest przesąd urodzenia!
Obranoby mię wodzem, gdybym nie był tchórzem.“

niedziela, 18 lutego 2024

ksiądz Jan Twardowski - Ile razy





Milczenie podczas rozmowy
milczenie w liście
milczenie w książce telefonicznej
bo numer tylko został

milczenie w milczeniu
milczenie bo wielkie szczęście
milczenie bo miłość przyszła
a serce w klinice
milczenie bo dom rodzinny przypomniał
a spadła tylko mordka śniegu

milczenie po milczeniu
milczenie przed cenzurą
milczenie bo pies zawył jak przed wojną ile to razy
nawet nie wierząc
spotykamy się w innym świecie

Jan Twardowski 


MOJA NIEDZIELNA KARTKA Z KALENDARZA

 


sobota, 17 lutego 2024

Konstanty Ildefons Gałczyński - Sen psa

 
SEN PSA

Na polu kalafiory,
na całe życie dość.
Kalafior każdy spory
i w każdym rośnie kość,
więc podjem znakomicie,
aż po żołądka kres,
o, piękne, piękne życie,
o, piękny jestem pies!

Przechodzę do alkowy,
w alkowie stoi stół,
ma czworo nóg wołowych,
wędzonych w dymie z ziół,
pożeram wszystkie nogi,
zostaje tylko blat.
o, mój żywocie błogi,
o, piękny, piękny świat!


Dzidzia nieżyjąca już -   tragicznie zmarła,

Po łączce chodzą krówki,
słownie: sześćdziesiąt sześć,
podchodzę: to parówki,
gorące, tylko jeść!
Parówki autentyczne,
kilometrowy zwój,
o, chwile niebotyczne,
o, piękny świecie mój!

Na wzgórzu stoi lasek, 
a w lasku pachnie wrzos,
ten lasek też z kiełbasek
i widzę, wrzos to sos,
więc cały lasek wcinam,
rozlewam wrzos do waz,
och, cudna to godzina,
och, niesłychany czas!




Już jesień jest niestety,
deszcz chlupie chlup, chlup, chlup,
spadają z drzew kotlety,
a wszystkie do mych stóp.
Tłuszcz pryska mi na rzęsy,
sztukamięs pędzi wiatr,
wieprzowy wschodzi księżyc,
zbaraniał cały świat.

Konstanty Ildefons Gałczyński 
1953

piątek, 16 lutego 2024

Jonasz Kofta - Nieobecność II


artist: John Fenerov 
 

Świt i zmierzch i znowu świt
Noc świetlista, ciemne dni
Oswoiłem wieczność, swoją nieobecność
Że mnie nie ma, nie wie nikt

Wreszcie się przestałem bać
Żyć nie muszę, mogę trwać
Tydzień, miesiąc, rok i wiek
Słyszę szum podziemnych rzek
Czasem tylko nagły lęk
Czy to popiół, czy to śnieg
Nie ma mnie i nie ma łez
Cierpi tylko ten, kto jest

Że mnie nie ma, nie wie nikt
Jest powietrze z grubych szyb
Czas wyrokiem nie jest
Lustro się starzeje
A ja się nie zmieniam w nim
Trwam jak kamień, nie jak dym

                                 Jonasz Kofta 

czwartek, 15 lutego 2024

Konstandinos Kawafis - Daleko

Chciałbym o tym wspomnieniu coś powiedzieć...
Ale ono już tak wygasło... jakby z niego nic nie zostało  -
bo daleko, w pierwszych latach mojej młodości leży.

Skóra jakby zrobiona z jaśminu...
Tamten sierpniowy — czy to był sierpień? — wieczór...




Już ledwie przypominam sobie oczy: chyba niebieskie...
O, tak! Jak szafir, niebieskie..


Konstantinos Kawafis

środa, 14 lutego 2024

NIE ZAPOMNĘ CIĘ MAJU....


 

Julia Hartwig - Pod koniec


Pod koniec mało cię obchodzi
wszystko co w tobie zamieszkało ma prawo bytowania
odzywasz się cudzymi głosami
śnisz snami innych ludzi
mogą cię nakarmić kaszą albo łzami
nic ci się już nie należy
i na wszystko po trosze zasłużyłeś


winy twoje są niezliczone i przepełnia cię miłość życia
jesteś człowiekiem doświadczonym
ale wciąż nie opuściła cię ciekawość
do bólu chłoniesz zapadanie zmroku na rzece
szarą grawiurę miasta w deszczu
i odsłonięte nagle niebo
uwielbione girlandą obłoków

nigdy nie czułeś takiego uspokojenia
choć niczego nie udało ci się dopowiedzieć do końca
i to co zrobiłeś dalekie jest od doskonałości

jedyna sztuka której się uczysz
to sztuka pożegnania
dlaczego jednak miałbyś odchodzić bez żalu
żal jest jedyną zapłatą za to co otrzymałeś

Julia Hartwig 

wtorek, 13 lutego 2024

Edward Estlin Cummings ***






Rwijcie pąki swoich róż 

póki jeszcze możecie,

bo czas uleci, 

choć stary swym wiekiem,

kwiat 

co dziś uśmiechem się ukłoni,

umrze jutro w waszej dłoni...

poniedziałek, 12 lutego 2024

Zbigniew Herbert - Próba rozwiązania mitologii




Bogowie zebrali się w baraku na przedmieściu. Zeus mówił
jak zwykle długo i nudnie. Wniosek końcowy: organizację
trzeba rozwiązać, dość bezsensownej konspiracji, należy wejść
w to racjonalne społeczeństwo i jakoś przeżyć. Atena chlipała
w kącie.

Uczciwie - trzeba to podkreślić - podzielono ostatnie
dochody. Posejdon był nastawiony optymistycznie. Głośno
ryczał, że da sobie radę. Najgorzej czuli się opiekunowie
uregulowanych strumieni i wyciętych lasów. Po cichu wszyscy
liczyli na sny, ale nikt o tym nie chciał mówić.
Żadnych wniosków nie było. Hermes wstrzymał się od
głosowania. Atena chlipała w kącie.

Wracali do miasta późnym wieczorem, z fałszywymi dokumentami
w kieszeni i garścią miedziaków. Kiedy przechodzili przez most,
Hermes skoczył do rzeki. Widzieli jak tonął, ale nikt go nie ratował.
Zdania były podzielone; czy był to zły, czy, przeciwnie, dobry
znak. W każdym razie był to punkt wyjścia do czegoś nowego,
niejasnego.

Zbigniew Herbert - 17. IX.


Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
a droga którą Jaś Małgosia dreptali do szkoły
nie rozstąpi się w przepaść




Rzeki nazbyt leniwe nieskore do potopów
rycerze śpiący w górach będą spali dalej
więc łatwo wejdziesz nieproszony gościu

Ale synowie ziemi nocą się zgromadzą
śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności
będą czyścili swoje muzealne bronie
przysięgali na ptaka i na dwa kolory

A potem tak jak zawsze - łuny i wybuchy
malowani chłopcy bezsenni dowódcy
plecaki pełne klęski rude pola chwały
krzepiąca wiedza że jesteśmy - sami

Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
i da ci sążeń ziemi pod wierzbą - i spokój
by ci co po nas przyjdą uczyli się znowu
najtrudniejszego kunsztu - odpuszczania win

Zbigniew Herbert

/  17 września 1939 Polska została zaatakowana  przez drugiego agresora – Związek Sowiecki  /

środa, 7 lutego 2024

Julia Hartwig - Słuchajcie jak echo śpiewa

 






Słuchajcie jak echo śpiewa

swoją triumfalną pieśń

nas już nie ma a ono wciąż jeszcze żyje

drzewom powierza nasze tajemnice

a księżyc kiedy na niego patrzę

tak samo wygląda jak wtedy


Julia Hartwig 

wtorek, 6 lutego 2024

Józef Baran - Fotografia szkolna










Gdzie okiem sięgnąć czas i czas
jesteśmy czasu milionerami
śmierć nie oceniła jeszcze skrzydłem
tła fotografii


rozrzucamy czas
pełnymi garściami
w kieszeni brzęczy kluczy pęk
do stu nieznanych bram


życie świeci nam prosto w twarz
baśnią z tysiąca i jednej nocy


jest jeszcze świat
i wszystko
dosłownie wszystko
może się zdarzyć


Józef Baran 



niedziela, 4 lutego 2024

JEAN DE LA FONTAINE - Pies i wilk.

Je­den bar­dzo mi­zer­ny wilk - skó­ra a ko­ści,
Mysz­ku­jąc po za­mroz­kach, kie­dy w łapy dmu­cha,
Zdy­bie przy­pad­kiem bry­sia Je­go­mo­ści,
Ber­nar­dyń­skie­go kar­ku, sę­dziow­skie­go brzu­cha:
Sierść na nim błysz­czy gdy­by szmel­co­wa­na,
Pod­gar­dle tłu­ste, zwi­słe do ko­la­na.




"A wi­taj, pa­nie ku­mie!! Wi­taj, pa­nie bry­chu!
Już od lat kopy o was ni widu, ni sły­chu,
Wte­dyś był mały kon­dlik - ale kto nie z po­stem,
Pręd­ko zmie­nia fi­gu­rę!




Jak­że słu­ży zdro­wie?"
"Ni­cze­go" - bry­sio od­po­wie,
I za grzecz­ność kiw­nął chwo­stem.
`Oj! Oj!...ni­cze­go! - wi­dać ze wzro­stu i tu­szy!-
Co to za łeb - mój Boże! Choć wa­lić obu­chem-
A kark jaki! A brzuch jaki!
Brzuch! Niech mnie po­rwą so­ba­ki,
Je­że­li, uczciw­szy uszy,
Wie­prza wi­dzia­łem kie­dy z ta­kim brzu­chem!"
"Żar­tuj zdrów, ku­mie wil­ku; lecz mó­wiąc bez żar­tu,
Je­śli chcesz, mo­żesz so­bie rów­nie wy­pchać boki."
"A to jak, kie­dyś ła­skaw?"
"Ot tak - bez od­wło­ki
Bory i nory od­daw­szy czar­tu
I łaj­dac­kich po polu wy­rze­kł­szy się świ­stań,
Idź mię­dzy lu­dzi - i na służ­bę przy­stań!"
"Lecz w tej służ­bie co ro­bić?" - wilk zno­wu za­py­ta.
"Co ro­bić? - dziec­ko je­steś - służ­ba wy­śmie­ni­ta -

Ot jed­no z dru­gim nic a nic!
Dzie­dziń­ca pil­no­wać gra­nic,
Przy­by­cie go­ści szcze­ka­niem gło­sić,
Na dzia­da wark­nąć, Żyda po­tar­mo­sić,
Pa­nom po­chle­biać ukło­nem,
Słu­gom wa­chlo­wać ogo­nem.
A za toż, bra­cie, ni­cze­go nie brak­nie:
Od pa­nów, pa­nią­tek, dzie­wek,
Okru­szyn, ko­stek, po­li­wek,
Sło­wem, cze­go du­sza łak­nie."

Pies mó­wił, a wilk słu­chał: uchem, gębą, no­sem,
Nie stra­cił słów­ka; po­łknął dys­kurs cały
I nad smacz­nej przy­szło­ści me­dy­tu­jąc lo­sem,
Już obie­ca­ne wie­trzył spe­cy­ja­ły!

Wtem pa­trzy "A to co?" - "Gdzie?" - "Ot tu na kar­ku".
"Eh, bła­zeń­stwo!..." - "Cóż prze­cie?" - "Oto, wi­dzisz, trosz­kę
Przy­cze­sa­no - bo na noc kła­dą mi ob­róż­kę,
Aże­bym le­piej pil­no­wał fol­war­ku!"
"Czyż tak? Pięk­nąś wia­do­mość scho­wał na ostat­ku."
"I cóż, wil­ku, nie idziesz?"
"Co nie, to nie, brat­ku:

 























L e p ­s z y   w   w o l ­n o­ ś c i   k ę­ s e k   l a d a   j a k i
N i­ ź l i   w   n i e­ w o ­l i   p r z y ­s m a ­k i " - 

Rzekł - i drap­nąw­szy, co miał sko­ku w ła­pie
Aż do­tąd dra­pie!

piątek, 2 lutego 2024

Ludwik Jerzy Kern - Wrrr



Gdzie indziej słońca mniej jest na niebie
I smutniej,
I wiele kwaśniej -
Lecz nigdzie tak się nie warczy na siebie
Jak u nas,
Jak u nas właśnie.

Mijają wieki,
Nic się nie zmienia,
Roczek za roczkiem upływa -
Do wzajemnego na się warczenia
Dryg mamy
Od Piastów chyba.


Warczy się u nas we wszystkich sferach
Od rana
Do wieczora -
Konduktor warczy na pasażera,
Pasażer na konduktora.

Warczą na siebie teściowa z zięciem,
Warczą najczęściej dlatego,
Żeby po prostu
Swoim warknięciem
Ubiec warknięcie drugiego.

Rzadko dziecinę,
Biorąc ogólnie,
Znajdziesz, by nie odwarknęła -
Polski Romeo warczy na Julię,
A Julia na Romea.

Od takich warknięć
Ludzie na świecie
Dawno by mieli fioła -
W każdej gromadzie,
W każdym powiecie,
Pełno tych warknięć dokoła
.
Deszcz ich nie niszczy
Ani posucha.
Wyjdź tylko z domu. Wystarczy.
Zaraz się cudzych warknięć nasłuchasz
I sam się zdrowo nawarczysz.

Nie da się faktów tych ukryć w cieniu,
Wieść się po globie niesie -
Nawet poznaje się po warczeniu
Polskie anioły
W niebiesiech.

Warczenie
(Zaraz dowód dostarczę)
Jest naszym mieczem i tarczą -
Ja także warczę.
A na co warczę?
Ja warczę na tych, co warczą.

Magda Czapińska - Ktoś do kochania

Dotąd żyłam wolna jak ptak
Z dnia na dzień, z chmury na chmurę
Los jak piórko unosił mnie
Więc leciałam w dół albo w górę
Aż poczułam któregoś dnia
Że już dość mam tego fruwania
I zamarzył się ciepły dom
A w tym domu ktoś do kochania

Ktoś do kochania, do całowania
Do przytulania w pochmurne dni
Do rozśmieszania, do pocieszania
Na całe życie ktoś, czyli ty
Ktoś, kto wysłucha
Szepnie do ucha dwa czułe słowa
Otrze łzy, kto przy mnie będzie zawsze i wszędzie
Ktoś tylko dla mnie, właśnie ty

I uśmiechnął się do mnie los
Gdy tak stałam w kolejce po szczęście
Zesłał miłość, rozmiar XL
Więc dlaczego wciąż chcę czegoś więcej
Czego jeszcze do szczęścia brak
Skoro w sercu słońce wciąż świeci
Czemu pragnę każdego dnia
Żeby zjawił się wreszcie ktoś trzeci










Ktoś do kochania, do całowania
Ktoś, kto po nocach wciąż mi się śni
Do rozpieszczania, do kołysania
Kto mi wypełni noce i dni
Kto dom nasz zmieni w centrum wszechświata
I kiedyś powie - mama i tata
I będzie śmiał się do nas przez łzy
Nasz mały synek, taki jak ty


Magda Czapińska