Archiwum bloga

wtorek, 25 lutego 2020

Tadeusz Różewicz - NIEZNANY LIST




Ale Jezus schylił się
i pisał palcem na ziemi
potem znowu schylił się
i pisał na piasku

Matko są tak ciemni
i prości że muszę pokazywać

cuda robię takie śmieszne
i niepotrzebne rzeczy

ale ty rozumiesz
i wybaczysz synowi

zamieniam wodę w wino
wskrzeszam umarłych
chodzę po morzu

oni są jak dzieci
trzeba im ciągle
pokazywać coś nowego
wyobraź sobie

Kiedy zbliżyli się do niego
zasłonił i wymazał
litery

na wieki

poniedziałek, 24 lutego 2020

Maria. Pawlikowska- Jasnorzewska - "La précieuse"


    




Widzę cię w futro wtuloną,

wahającą się


nad małą kałużą,

z chińskim pieskiem pod pachą,

z parasolem i z różą...

I jakżeż ty zrobisz krok 

w nieskończoność?



sobota, 22 lutego 2020

Anna Kamieńska - NIE UMIEM NAPISAĆ.....





Nie umiem napisać, jak ciebie kocham.

Lękam się ckliwej poetyczności,
Lękam się bezcielesności.

Ach, gdyby wiersz mógł być jak ciało
I chłodny, i gorący,
I jak sen głęboki,
I tak samo jak dzień
Ogarniający,

Wierny jak zwierz o szorstkiej sierści
I gdyby w nim się działo
Życie
I szły deszcze, i pogody, i obłoki
Aż do śmierci

piątek, 21 lutego 2020

Agnieszka Osiecka ....Ta nadzieja...


Andre Kohn 


Co mnie zabija, to nadzieja,
jej wątły krzyk i śpiew, i szept,
- ściga mnie po wsiach, knajpach, kniejach,
wzywa na szlaki szczęść i bied.

Gdybym umiała - choć w niedzielę -
jak starzec, co nie pragnie już,
na ławce zasiąść po kościele,
i nie śnić snów, nie wróżyć wróżb...

Gdybym umiała się zatoczyć
jak pijak, co pod auto wlazł,
zabłądzić, zemdleć, zamknąć oczy,
zapomnieć tamten brzeg i las...

Gdybym umiała, choćby w kinie,
gdy serce nagły przetnie ból,
pomyśleć sobie: "Nic to, minie...
Przed nami jeszcze tyle ról"...

Gdybym umiała, choć dla sportu,
wśród naszych dawnych, ślicznych plaż
nie drętwieć jak na sali tortur,
dlatego że ten brzeg - nie nasz? ...

Gdybym umiała... Lecz nie umiem...
A w końcu to zwyczajna rzecz...
Choć widzę jeden - dwa w rozumie.
Nadziejo, Chmuro, nie idź precz. 

czwartek, 20 lutego 2020

Stanisław Baliński - NAWOŁYWANIA

......w wierszach  Stanisława Balińskiego rzeczywistość jest poza czasem i przestrzenią


Wojciech Siudmak

- Poczekaj!...

Ta gałąź kwitnąca
I tak cię nie uśpi, nie uśni,
A woda odpływająca
I tak cię minie, przepłynie...
Zatrzymasz się kiedyś bez tchu
Po tamtej stronie młodości,
Po tamtej stronie snu,
I będziesz wołał z daleka,
Jak ja dziś wołam do ciebie:

- Poczekaj...


I to jest treść całej ballady:
- Dwa nasze zgubione echa,
Dwa echa bez żadnej pomocy
Zgubione wśród podróżnych nocy,
Nawołujące z daleka:

- Poczekaj...czy słyszysz...poczekaj!

wtorek, 18 lutego 2020

Stanisław Baliński - Romans wieczorny

Stanisław Baliński (1898-1984) , związany z najświetniejszymi poetami Polski Odrodzonej.
Po II wojnie światowej nie wrócił do kraju.. 
autor jednych z najpiękniejszych liryków jakie napisano po polsku pozostaje w zapomnieniu, podobnie jak jego niezwykła poezja, tak odmienna od tworzonej współcześnie. 
Nieraz do niego  jeszcze wrócę.



Józef Chełmoński

Romans Wieczorny

W moim kraju romantycznym, śpiewnym,
Został staw, gdzie ballady nie giną,
Opleciony brzeziną powiewną,
Opasany potrójną olszyną.

Brzegiem stawu tataraki jasne
Pną się w górę ku falistej ścieżce,
Gdzie dwa cienie, oczy niewygasłe,
Dotąd biegną, by spotkać się jeszcze.

Środkiem stawu, wikliną zarosła,
Stara łódka przepływa bezpiecznie,
Gdzie dwa cienie, krzyżując dwa wiosła
Dotąd myślą, że miłość trwa wiecznie.

Idzie wieczór. I fiołki rumieńców
Toną w stawie, jak dumki najłzawsze.
A dwa cienie wśród ciemnych kaczeńców
Dotąd szepcą: dobranoc na zawsze...

Wracam nocą nad staw i nad bluszcze,
Snem kołuję od gwiazd do poranków,
Nasłuchując czy woda nie pluszcze,
I czy nowych nie spotkam kochanków.

Lecz tam cicho. Zieloność zasycha,
Drzewa próchnem bieleją, jak kości,
Woda milczy i oczy zamyka,
Wierna cieniom i pierwszej miłości



poniedziałek, 17 lutego 2020

Krzysztof Daukszewicz - DWA PLEMIONA

Jeden naród, dwa plemiona, dookoła jeden kraj,
Lecz nad każdym inne niebo, nie każdemu raj.
Kto z którego nie odgadniesz, bo ten sam w nich tkwi niedosyt,
Kiedy idą po ulicy, identyczne mają nosy

Kolor skóry jednakowy i podobnie są ubrani,
Kiedy z knajpy wypełzają, są tak samo narąbani.

Ale kiedy dziób otworzą, już nie mili, nie usłużni,
Po modlitwie ich nie poznasz, po beretach już odróżnisz.

Jak kobiety, jak niewiasty, jak rodzinne ich ognisko,
W jednym żyją po bożemu, w drugim mają w poprzek wszystko.
Nawet myśli, nawet czyny, w jednym żadna krwią nie broczy,
W drugim kiedy są pod krzyżem, nawet Pan Bóg nie podskoczy.

Żadnym gestem ich nie zbliżysz, żadnych dobrych słów nie znajdziesz,
Tu każda dziwka, kiedy daje, a potem święta, kiedy zajdzie.
Jeden naród, dwa plemiona, w nich mężczyźni w życia matni,
Coraz bardziej pogubieni, coraz bardziej delikatni.

Każdy jakieś brzemię dźwiga, jakąś niedomkniętą bliznę,
Cierpią wszyscy, ale jedni cierpią tylko za ojczyznę
Jak rozpoznać, kto jest który, tu wystarczy tylko chwila,
Jedni stoją tam gdzie ZOMO, drudzy stoją koło grilla.

Zapamiętaj: dwa plemiona. Gdybyś tutaj kiedyś zboczył,
Jedno owinięte w całun, drugie objął car północy.
Jedni kondukt za konduktem, traktem bitym, drogą polną,
Drugim, chociaż tacy sami, w tych pogrzebach iść nie wolno.

Jedno, co je tutaj łączy, to podobna woń wychodków,
Jeśli kiedyś tutaj trafisz, nie ryzykuj stać pośrodku.


Jeden naród, dwa plemiona, dookoła jeden kraj,
Lecz nad ka
żdym inne niebo, tylko w którym raj?






niedziela, 16 lutego 2020

Ludmiła Marjańska - MAŁŻEŃSTWO




Jesteśmy sobie potrzebni jak ziemi
potrzebna woda, jeśli plon ma przynieść.

Ach, czy to miłość?
Jej owoce przecież
dawno dojrzały i mówimy o nich:
daleko padły jabłka od jabłoni.

A więc jałowe lata nas czekają —
dwoje wygnańców z miłosnego raju?
Tylko trud dzielić i codzienny chleb
czy potrafimy, aby nie był gorzki?

Spróbujmy jednak.
Po burzliwym dniu
cieszy łagodny i spokojny zmierzch.

Podaj mi rękę. Nie jesteśmy sami.
Jabłoń przekwitła, lecz pachnie jabłkami.

sobota, 15 lutego 2020

Ludmiła Marjańska - Żyjemy prędko





W twórczości Ludmiły Marjańskiej / 1923 – 2005 /  odnajdujemy najbardziej istotne motywy: miłość życia i wiarę w sens ludzkiego istnienia, przemijanie, trudne godzenie się ze starością, piękno otaczającego świata i rozmowa ze Stwórcą.



            ŻYJEMY PRĘDKO

Człowiek, którego chwile są policzone,
         Z konieczności ucieka się do działań szybkich.
                    Roger Caillois


Keira Knightley



Więc owa szybkość, ta nerwowa prędkość,
jest świadomością przemijania? Chęcią,
aby zmieścić się w sobie przydzielonym czasie?
Nie wiem tego i nie chcę pamiętać
ograniczenia, w jakim żyję.


Żyję
Szybko, bo w ruchu widzę życie, chciwie
chłonę zapach dojrzałych zbóż, które czekają
na żniwiarzy; a żniwa są po sianokosach,
które pachniały przedtem; a przedtem akacje
i bzy jak banał - całe abecadło
zapachów. Ulewa kwiatów, krzewów, drzew.



Czy żyjąc szybko - żyje się podwójnie?
Żyjąc powoli, wolniej się umiera?
W jednym życiu, jakie dane ciału,
by na śmierć czekać - czasu mam za mało:
ona posłusznie czeka mnie poza nim.

piątek, 14 lutego 2020

JOHN DONNE (1572-1631), ang. poeta i kaznodzieja; - Elegia na idącą do łóżka



Trochę frywolności:


Stanisław Żurawski.
Pójdź wreszcie, Pani; wkrótce sił mi już nie stanie,
Bardziej niż trudy przyszłe trudzi mnie czekanie.
Bywa, że wojownicy, widząc wroga z dali,
Znużą się staniem, chociaż bitwy nie zaznali.

Precz z tym paskiem, co skrzy się jak zodiaku sfera,
A przecie świat piękniejszy w swym kręgu zawiera.
Rozepnij stanik lśniący, pod którym pierś biała
Przed wścibskimi oczami głupców się skrywała.

Rozwiąż go: brzęk cekinów niech tego wieczora
Jak kurant znać nam daje, że do łóżka pora.
Precz z gorsetem, o którym zazdrośnie wciąż myślę,
Że obejmuje ciebie tak blisko i ściśle.

Niech spłyną suknie: spod nich piękno się wynurza,
Jak kiedy z kwietnej łąki odpływa cień wzgórza.
Zdejmij przybranie głowy, niech bujnym bezładem
Ozdobi ją królewski włosów twoich diadem;

Zrzuć ciżemki: już stopa twoja wstąpić może
Do miłosnej świątyni, w nasze miękkie łoże.
W takich to białych szatach anioły na niebie
Objawiały się ludziom; ty, aniele, siebie

Objawiasz mi jak niebo, jak raj Mahometa;
Choć złe duchy w biel także się stroją, kobieta
Jako anioł z diabłami ma podobieństw mało:
Tam włos staje dęba, tutaj zasię - ciało.

Pozwól dłoniom, niech błądzą jako dwaj włóczędzy
Z tyłu, z przodu, powyżej, poniżej, pomiędzy.
O, Ameryko moja! mój lądzie nieznany,
Oby zawsze przeze mnie tylko zaludniany,

O, kopalnio klejnotów, kolonio szczęśliwa,
Jak dobrze się odkrywa ciebie i zdobywa!
Te okowy ci wolność przyniosą; i wszędzie
Gdzie tylko dłoń położę, moja pieczęć będzie.

Nagość zupełna! Cóż to za rozkosz, o nieba!
Jak dusze z ciał, tak ciała z szat uwolnić trzeba,
By kosztowały uciech. Klejnoty, brylanty
Na ciałach kobiet są to jabłka Atalanty,

Rzucane nam przed oczy; gdy kiep je ogląda,
Przyziemną duszą bardziej ich niż ciał pożąda.
Jak książka, co laika obwoluta swoją
Przyciąga, tak kobiety zdobią się i stroją;

Same zaś są księgami, w których my jedynie
(Jeśli na nas ich łaska niespodzianie spłynie)
Czytamy treść mistyczną. Skoro zatem można,
Ukaż mi się tak całkiem, jakby cię położna

Oglądać miała: nuże, zrzuć te białe płótna,
Nie wstydź się, niepotrzebna tu szata pokutna.
Spójrz, jestem nagi; rację natura mi przyzna:
Po co masz mieć przykrycie inne niż mężczyzna?

środa, 12 lutego 2020

Hartwig Julia *** (Gdzie są te listy...)

mal. Alan Ayers

 Gdzie są te listy, w których ktoś napisze:
Czekamy na ciebie, a przy nas łagodność, spokój i ogród szumiący drzewami.
Tutaj milczenie nie będzie przymusem, ani nie będzie przymusem rozmowa.

Gdzie są te sny, w których znajdziemy pokrzepienie,
gdzie tarasy pochmurnych zamków nad brzegami rzek
i gdzie niewytłumaczone szczęście kołyszące nas jak rytm pociągu
w drodze do bezpiecznego schronienia, w którym nie mieszka potwarz ani nóż.

I gdzie jest miejsce dla szaleńca, który wzgardził zdrowiem,
dla wszystkiego, co nagłe,
dla błyskawicy, burzy, lecącego meteorytu.

Gdzie schron dla wygnańców i ich wyobrażeń o tym, czym może być świat i oni sami.

Gdzie jest miejsce dla drzewa, które pamięta dawne losy drzew,
dla zwierzęcia, które nie zapomniało o swoim dawnym królestwie
i dla małych rybek, które łowiliśmy rękami jako dzieci na piaszczystym brzegu morza.

Gdzie jest miejsce dla skargi i odmowy, dla godności i lojalnej przyjaźni,
gdzie są nie wydeptane ścieżki w lesie i prosta droga do nieba.

Gdzie jest wiara płynąca nie z uciemiężenia, ale z siły i nie lekceważenia rozumu.

Gdzie jest świadectwo pełne i wiarygodne,
które nie boi się śmiechu ani szyderstwa.

sobota, 8 lutego 2020

Ks. Jan Twardowski




Wiersze Jana Twardowskiego to jak sam mówił - ” poetycki pamiętnik notujący spostrzeżenia, przeżycia,refleksje,wspomnienia, trochę jak listy do najbliższych lub zwierzenia "

Parafia w Żbikowie

Gdy opuszczał ze łzami w oczach swoją pierwszą wiejską parafię w Żbikowie napisał bardzo osobisty wiersz :

* * * * * * * * * * * * ** * * * * * * *

Pożegnać wikariatkę na niewielkim piętrze
zabrać Biblię w tłumoczek kazania gorętsze
a sad sobie zostanie z gęsiami i płotem
strasząc konie proboszcza kasztanów bełkotem


Niechaj memu następcy kwiatem w brewiarz spada
wart bo lepszy ode mnie i mądrzej spowiada
Jeszcze skryję się w kościół . Nie chciej tu mnie widzieć,
bo ksiądz płacząc sam siebie jak grzechu się wstydzi


Tylko spojrzeć. Ten święty z pospolitą głową
jakieś śmieszne serduszko z wstążeczką różową
spośród wotów świecące jak żuczek z ukrycia
w czas co na usługach i śmierci i życia


Pora odejść. Nie płoszyć myszy i pacierzy
patronów dobrej sławy złej sowy na wieży
Pora odejść żal tając jak iskry niezgasłe
że mnie ze wsi zabrali by pokrzywdzić miastem


Tak smutno psy porzucać. Tak zapomnieć trudno
wodę w stawie mierzoną złocistą sekundą
las z dzięciołem
kukułkę uczącą się w gęstwinie


jak śmiesznie jest powtarzać tylko własne imię
przybłędę co na rzece wywrócił się z łódką
i spoczywa pod krzyżem krzywym z niezabudką


Żal szkoły dzieci w ławkach woźnej z pękiem kluczy
chociaż lepiej że przyjdzie tu ktoś inny po mnie
stopnie gorsze postawi lecz czegoś nauczy


Żal kulawych i głuchych chorego w szpitalu
bardzo dawnej paniusi w przed powstańczym szalu
przygotowań do wilii smutnej oczywiście
gdy opłatek od matki drży na poczcie w liście


Jeszcze tu kiedyś wrócę. Nocą po kryjomu
wiersz o świętej Teresce dokończyć w tym domu
Po cmentarzu pobłądzę. Ty dłońmi dobrymi
przebacz wszystko. Pochowaj między najgorszymi.

czwartek, 6 lutego 2020

JOY HARJO - Wynurzenie

JOY HARJO 

JOY HARJO 
amerykańska poetka pochodzenia indiańskiego, należąca do plemienia Muscogee (Creek).


Obok poezji pisze scenariusze filmowe, książki dla dzieci, wydaje płyty (gra na saksofonie tenorowym), 
występuje w programach i dokumentalnych serialach telewizyjnych, propagujących kulturę i tradycję Indian, których jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej cenionych reprezentantów a zarazem popularyzatorów.


Mieszka w Honolulu na Hawajach.






WYNURZENIE

Najkrótsza noc w roku. Światło jest przezroczyste,
cienka spódniczka pożądania sunie lekko po ziemi.
Psy szczekają, czując zapach innych psów
i pierwotny popęd, ten zew krwi.
Tkwię tutaj na skraju
złamanego serca, uderzając uporczywie
w krzemień silnej woli.
Pęka, rozłupany.
I wszyscy o tym wiedzą.
Jak miąższ, którym wybuchają kwiaty
koloru słońca.
Jak rozbudzona łaskawość,
która zdobywa sojuszników
w rozbawionym tłumie.
Serce wie o wszystkim.
Pamiętam czasy, kiedy nic nie zmuszało nas
do dzielenia ziemi i zadawania sobie bólu,
kiedy wiedzieliśmy, jak myśleć
w języku piękna.
Innego świata nie ma, prócz tego, który się właśnie wynurza,
czuję go w powietrzu, kiedy przemierzam swój pokój,
a telewizor sąsiada
wdziera mi się do domu falą dźwięku.
Wzbudza we mnie myśl o kupnie
nowego samochodu, papierosów innej marki,
chociaż nie potrzebuję nowego samochodu,
ani nie palę papierosów.
Mały jest 1udzki umysł,
kiedy rozmyśla nad małymi sprawami.
Duży, kiedy obejmuje tego, który stworzył
chodzenie, myślenie, 1atanie.
Jeśli uda mi się znaleźć sens inny niż pożądanie,
nie będę jadła, ani piła,
dopóki nie wejdę chwiejnym krokiem w głąb ziemi
ze smutkiem.
Odnajdę wtedy punkt świtu
i obudzę się

wraz z najdłuższym dniem na tym świecie. 

Adam Zagajewski - ZAWIEJA





Słuchaliśmy długo muzyki -

trochę Bacha,

trochę smutnego Schuberta.

Przez moment słuchaliśmy milczenia.



Na ulicy szalała zawieja,

wiatr przyciskał do murów

swoją siną twarz.



Umarli ścigali się na sankach

i rzucali śnieżkami

w nasze okna.

środa, 5 lutego 2020

JAN BRZECHWA - Audiencja


Umó­wi­łem się z nim na dzie­wią­tą,
Przy­sze­dłem, jak każe bon ton,
Punk­tu­al­nie,
Za­sta­łem peł­ną po­cze­kal­nię,
Do czwar­tej cier­pli­wie cze­ka­łem,
Raz i dru­gi ze­mdla­łem,
Za­mó­wi­łem się wresz­cie na so­bo­tę
I wy­sze­dłem ob­la­ny po­tem.

W so­bo­tę wy­je­chał z War­sza­wy,
W je­den dzień po­za­ła­twiać miał spra­wy -
Przy­cho­dzę na­za­jutrz - nie ma.
Przy­cho­dzę po trzech dniach - nie ma.
Przy­cho­dzę po ty­go­dniu - ta sama dy­le­ma:
Nie ma.
Ze słów se­kre­tar­ki wy­ni­ka,
Że po­je­chał na dzień do Ryb­ni­ka.

Po mie­sią­cu po­wró­cił, ale nie miał cza­su,
W po­nie­dzia­łek wy­szedł do Dy­rek­cji La­sów,
We wto­rek miał po­sie­dze­nie,
W śro­dę był za­ję­ty sza­le­nie:
In­wen­ta­ry­za­cja,
Re­je­stra­cja,
Lu­stra­cja...

Ra­cja! Trud­no. Ka­zał mi przyjść w so­bo­tę.
Odło­ży­łem całą ro­bo­tę,
Ogo­li­łem się na­le­ży­cie,
Za­mel­do­wa­łem się u se­kre­tar­ki o świ­cie,
Tego dnia przy­jąć mnie nie mógł,
W śro­dę, nie­ste­ty, za­nie­mógł -
Roz­cho­ro­wał się naj­fa­tal­niej,
A ja wią­dłem jak kwiat, w po­cze­kal­ni.


Po ty­go­dniu spo­tka­li­śmy się na po­grze­bie:




Le­że­li­śmy obok sie­bie
Gło­wa na­prze­ciw gło­wy -
On w bla­sza­nej tru­mien­ce,
A ja - w dę­bo­wej.
Po­da­li­śmy so­bie ręce;
Chcia­łem z nim po­mó­wić - da­rem­no,
Po­chy­lił się nade mną
I rzekł na do­wód do­brej ko­mi­ty­wy:

"Pan wy­ba­czy, lecz je­stem kom­plet­nie nie­ży­wy
Może więc kie­dy in­dziej po­mó­wi­my o tem.
Daj­my na to - za wiecz­ność, w so­bo­tę."

                                                                                                            

wtorek, 4 lutego 2020

Aleksander Puszkin - Czy mi wybaczysz moje zazdrosne rojenia

Edwin Thomas
Czy mi wybaczysz moje zazdrosne rojenia, 
Szaleństwo mej miłości wciąż nieokiełznane?
Tyś mi wierna, więc skądże znowu te zachcenia,
Ażeby wyobraźni mej zadawać ranę?

Dlaczego, otoczona tłumem wielbicieli,
Wśród gwaru zabaw, chcesz się wszystkim wydać miła
I ze wszystkimi pustą nadzieją się dzieli
Twój wzrok smutny, którego blask czułość zaćmiła?

Zawładnąwszy mą duszą, rozum zamroczywszy, 
Pewna stałości moich uczuć nieszczęśliwych,
Nie widzisz nawet, gdy wśród spojrzeń pożądliwych,
Obcy gwarowi rozmów i od wszystkich cichszy,
Męczę się w trosce mojej; więc dla mnie ni słowa,
Ni jednego spojrzenia... Kochanko surowa!

Czy kiedy chcę uciekać pełne próśb i trwogi
Twoje oczy nie biegną zawrócić mnie z drogi
Albo gdy jakaś piękna dziewczyna w pobliżu
Dwuznaczną zacznie ze mną prowadzić rozmowę,
Tyś spokojna, a mnie twój żartobliwy wyrzut
Poraża jak świadectwo niekochania nowe.

Powiedz jeszcze, dlaczego memu rywalowi,
Gdy zastanie nas z sobą i ciebie pozdrowi,
Pozwalasz, by zmrużonym spojrzeniem wyznawał?
Cóż ma do ciebie? Powiedz, jakież jego prawa,
Aby blednąć z zazdrości, kiedy nas zobaczy?
Między zmierzchem a świtem w nieskromnej godzinie
Bez matki, czyż przystoi samotnej dziewczynie
Półodzianej przyjmować go... i cóż to znaczy?...

Lecz jam kochany przecież... Kiedyśmy we dwoje,
Tak czuła jesteś dla mnie! Pocałunki twoje
Tak płomienne! I twojej miłości wyrazy
Tak szczere, pełne serca twojego bez skazy!
Śmieszne dla ciebie muszą być cierpienia moje.

Lecz jam kochany przecież, ja ciebie rozumiem.
Moja miła, więc nie dręcz mnie, ja cię zaklinam:
Ty nie wiesz, jak ja mocno cię kocham, jedyna,
Ty nie wiesz….jak okrutnie cierpieć umiem.

czwartek, 30 stycznia 2020

Jerzy Ficowski - LIST DO MARC CHAGALLA


Jerzy Ficowski

Poeta, pisarz, publicysta, tłumacz. Urodzony w 1924 w Warszawie, zmarł w 2006 tamże.

Ficowski był pisarzem o wielostronnych zainteresowaniach i zdolnościach. . 

Wojna i dramat zagłady Żydów wzbudziły w nim potrzebę ocalenia  tej kultury od zapomnienia. 
Jednym z owoców tego zainteresowania był poemat pt. "List do Marka Chagalla", wydany drukiem w 1957

Poezja była dla Ficowskiego rzeczą świętą: „Poezja nie jest zajęciem. To odświętne chwile. Wiersz się zdarza". Mówił, że pisanie wierszy to jedyny dostępny mu rodzaj praktyki sakralnej.

W 1968 roku poezją Ficowskiego zachwycił się Marc Chagall, który zilustrował dedykowany mu poemat "List do Marc Chagalla"


                           
                                 LIST DO MARC CHAGALLA
                                                      I




                                                                                     
Jaka szkoda, że pan nie zna Róży Gold,
najsmutniejszej złotej róży.
Ona miała tylko siedem lat, kiedy skończyła się ta wojna.
Nie widziałem jej nigdy,
ale ona oczu ze mnie nie spuszcza.
Dwa razy śniegi topniały na nich,
dwa tysiące razy umierały
sześcioletnie oczy Róży Gold.







Jak to dobrze, że pan nie zna Róży Gold!
Wybuchłaby dymem kiść bzu, w której leżą zakochani.
Skrzypce zielonego muzykanta poderżnęłyby mu gardło.
Brama kirkutu obróciłaby się w proch albo zarosła cegłą.
Farba zwęgliłaby płótna.
Bo ostatni, najstraszliwszy krzyk

jest zawsze tylko milczeniem. 



Brat wyszedł w nocy, napił się wody z kałuży i umarł. Pogrzebaliśmy go nocą w lesie. Raz wujek wyszedł z bunkra i już nie wrócił. Siedzieliśmy tak ukryci 18 miesięcy, aż Rosjanie przyszli. Wcale nie umiałyśmy chodzić i teraz jeszcze mamy słabe nogi. A Róża jest zawsze smutna, często płacze i nie chce bawić się z dziećmi.




II




Jaka szkoda, że pan nie zna Frycka!
Jego matka zdążyła urodzić go tuż-tuż przed wojną.
A on chciał być śledziem, który ma swoją sól,
albo muchą, której wolno brzęczeć.
Bo jemu wolno było tylko trochę być.
Śniła mu się za szafą cebula,
no to jak miał nie płakać z takich snów?!

Siedziałem za szafą, kolacji nie jadłem. Jak ktoś przychodził, siedziałem cichutko, nawet nigdy nie byłem na słońcu. Przykrywałem się kołdrą, w której było pełno wszy. Myślałem, że zawsze już tak będę. Oni mówili, że pojadą do Częstochowy, a mnie zostawią. Już chciałem płakać, ale myślałem: co tam, jak oni wyjadą, to wyjdę zza szafy.

Jak to dobrze, że pan nie zna Frycka,
co udawał za szafą pajęczynę!
Siedzi córeczka w zielonym oknie.
Szumi przez lata samowar z Witebska.
Kopcą senne lampy naftowe.
Skrzydlaty śledź jarmarkom błogosławi z nieba.
Zresztą po co wierzyć we Frycka?
Przecież Frycek nie jest Panem Bogiem. 




W ciemności popioły
płyną przez durszlakowe klepsydry.
I jest w powietrzu tak,
jakby oddychało się ostatnim tchnieniem.
Czasem noc rozświeci
zmartwychwstała spod ziemi gwiazda:
złoty ząb wyrwany z popiołów.
I wtedy widać z tym błysku
ręce człekokształtnych ociekające czerwienią.
Dzisiaj poznałem te dłonie,
choć za dnia są czyste jak opłatek:
biły brawa jadącym pociągom,
w których opuszczali nas na zawsze
Róża Gold i Frycek zza szafy,
zostawiając swoich umarłych.
Myślę, że znajdą przytułek
i że spotkam ich jeszcze
w bezpiecznych zakamarkach
wróżebnych kolorów
u pana, panie Chagall


                                                                          
                                                                            III

I pewnego dnia przyszła mamusia i zabrała mnie do innego mieszkania, gdzie musiałem do mamusi mówić „pani”. Czasem zapominałem mówić do mamusi „pani” i wtedy mamusia była bardzo zdenerwowana. Ale mnie tak trudno było przyzwyczaić się do tego, tak ciężko, że czasami musiałem szepnąć na ucho mamusi kilka razy: „Mamusiu, mamusiu, mamusiu.” I pytałem: „Mamusiu, a jak się skończy wojna, to czy będę mógł mówić do ciebie głośno – mamusiu?” 


                                                       



Oto wersety z Najnowszego Testamentu.
W nim sześć milionów kart zwęglonych,
a w ocalałych przegląda się od lat
czerwony świecznik pożaru.
A są też świadectwa rzeczy.
W lustrze fryzjera
brodaty przestrach
wzbudził kręgi coraz szersze, szersze,
jak w smutnej wodzie zielonej
i rozsadził tamten świat.
Nie zostało nawet odbicie.
Posłałbym panu, panie Chagall,
choćby mały odłamek lustra,
ale one są już głęboko
w warstwie umarłej ery,
a koło nich dostatek kości,
którym bardzo na tym zależy,
aby trochę pomilczeć o nich,
leżących we wszystkich niewiadomych miejscach,
i odmawiać za nie
głośno
słowo: „Mamełe”.



Dziecko bardzo bało się śmierci. Tuliło się do matki i pytało: „Mamusiu, czy śmierć bardzo boli?” Matka płakała i mówiła: „Nie, tylko chwileczkę” – i tak ich zastrzelili. 







I powstały nowe pustynie:
piaski Majdanka, Sobiboru,
wydmy Treblinki i Bełżca,
gdzie wiatr układa na wieczorny spoczynek
nie krzemień, nie mikę, piaskowiec –
zmielone w żarnach starych mórz –
ale wapń i węgiel
ludzkiego rodu zrównanego z ziemią.
Ja – człowiek, ja – syn tej ziemi,
ja – niespalony ich brat
jeszcze widzę, jak pana kogut oślepły
chroni ogryzki ludzkich spraw
i w ostatnim dniu zniszczenia
unosi się nad popiołami. 





Na terenach byłych obozów zagłady grasują bandy rabunkowe, szukające złota w pokładach popiołu pozostałego po spalonych więźniach. 


 






















W ciemności popioły
płyną przez durszlakowe klepsydry.
I jest w powietrzu tak,
jakby oddychało się ostatnim tchnieniem.
Czasem noc rozświeci
zmartwychwstała spod ziemi gwiazda:
złoty ząb wyrwany z popiołów.
I wtedy widać z tym błysku
ręce człekokształtnych ociekające czerwienią.
Dzisiaj poznałem te dłonie,
choć za dnia są czyste jak opłatek:
biły brawa jadącym pociągom,
w których opuszczali nas na zawsze
Róża Gold i Frycek zza szafy,
zostawiając swoich umarłych.
Myślę, że znajdą przytułek
i że spotkam ich jeszcze
w bezpiecznych zakamarkach
wróżebnych kolorów

u pana, panie Chagall.