niedziela, 16 sierpnia 2026
sobota, 15 sierpnia 2026
. Józef Baran - Mijanie się, przemijanie, trwanie..
a one wciąż fruną
i są dla nas stale te same
zadzierając głowy
niezmiennie mówimy na nie
kawki, bociany, pszczoły
nie próbując odróżnić
kawkę od kawki
bociana od bociana
pszczołę od pszczoły
i one dostrzegają w nas
wciąż tego samego człowieka
żyjącego teraz i przed stuleciami
w tej gatunkowej perspektywie
(może nie tak znów niedorzecznej)
Mijając się a nie przemijając
Istniejemy dla siebie
Bezimiennie ale za to wiecznie
czwartek, 13 sierpnia 2026
Krzysztof Kamil Baczyński - Spotkanie dalekie
Dla Z.
Muszę odejść... noce drżą w napiętych żaglach.
Muszę odejść... droga pijana się słania,
płótna wzdyma cisza szalejąca, nagła,
latarniami noc znów elegie wydzwania.
Nie żegnajcie... morze opiło się wiatru,
niespokojne, szarpie grzywy szkła rozbite,
gorzkie bryzgi piany ślady statków zatrą
i odpłynę srebrnym argonautów mitem.
w szeleszczące puszcze wilgotne jak barwy,
nawołuję w echa,
już mi portów nie żal,
kiedy ciszy lazur w silne dłonie narwę.
Raz się tylko zbudzę jak w dalekiej pieśni,
ty mi wyjdziesz cicho, jak dawniej, naprzeciw,
ręce dasz mi wonne w ciepłym świcie, wcześnie,
pobiegniemy w zieleń wolne, leśne dzieci...
Krzysztof Kamil Baczyński 9. II. (39)
wtorek, 11 sierpnia 2026
Mary Oliver
Mary Oliver – amerykańska poetka i eseistka.
Urodzona10 września 1935 - Stany Zjednoczone. Zmarła 17 stycznia 2019.
W 1984 roku zdobyła nagrodę Pulitzera za jej najbardziej znaną kolekcję wierszy American Primitive.
***przemijanie / Jolanta Kozica /
nie ma takiego brzasku
który nie ubrałby się w jasność świtu
nie ma takiego świtu
choćby najpiękniejszego i pełnego obietnic
który przetrwałby do południa
nie ma takiego popołudnia
którego nie zasłoniłyby cienie wieczoru
który nie spocząłby w grobie nocy
przemijanie z każdej chwili
zjawę powstałą czyni
dni przepadają cicho na zawsze
przyszłość nie jawi się kształtem
jedyną rzeczywistością czasu
jest obecna chwila...
/Jolanta Kozica/
niedziela, 9 sierpnia 2026
DONKI ŚWIAT WSPOMNIEŃ.
Trochę będą skaczące te moje wspomnienia..... dzisiejsze są jakby kontynuacją wspomnień o Powstaniu Warszawskim z mojego blogu z dnia 6 sierpnia b.r. .
jest to zachowana przeze mnie w dysku zewnętrznym kopia listu z 31. 10. 2010r. do Pana Jacka - mieszkającego kiedyś w W-wie, w jednym z domow Wawelberga, obecnie w Australii. Jego siostra jest nadal mieszkanką odbudowanego po wojnie domu Wawelberga.
Kręci prywatnie film o Warszawie dawnej i obecnej.... przeczytał gdzieś moje opisy powstania na Woli / chyba w Klubie Seniora / i zwrócił się do mnie byn szerzej opowiedziała o swoich losah.... chciałby umieścic je w tym filmie.
Nie skracając, ani zmieniając podaję treść tego, skopiowanego listu do P. Jacka.
Drogi Panie Jacku!
Bardzo mnie Pana list ucieszył i zainteresował. Oboje – mieszkańcy Woli, mimo że urodzeni w innych epokach historycznych mamy jednakowe korzenie – domy Wawelberga.
Losy jednak zupełnie inne i domy już też nie te Panie Jacku.
Fragment podwórka..... ale piaskownicy, w której się bawiłam już nie ma.
Identyczne jak kiedyś wejście od ulicy..... po prawej stronie byla tzw. wówczas mydlarnia, do której babcia mnie nieraz posyłala ...
W latach sześćdziesiątych odważyłam się pierwszy raz (i chyba ostatni ) skonfrontować swoje wspomnienia domów Wawelberga z lat czterdziestych z ówczesnymi. Niestety nie było tam ani małej kilkuletniej dziewczynki, ani tej już bardziej dorosłej, dziewięcioletniej. Moje miejsce zabaw - podwórko nie budziło we mnie żadnych wspomnień. To nie było moje podwórko......… chyba nie powinno się wracać w miejsce dzieciństwa z nadzieją, że ono na chwilę odżyje. Nic nie może być takie same po dwudziestu latach.
Nie wchodziłam już do klatek schodowych. Chcę Panu powiedzieć, że mnie wtedy jako dziecku nie przeszkadzały punkty sanitarne na korytarzu, bo to było jakby od zawsze.
Pamiętam natomiast mieszkanie dwupokojowe, z starymi, porządnymi, ciężkimi meblami i stojącym dużym zegarem, babcię wdowę, brata o rok starszego i mamusię, też od 1939 roku wojenną wdowę, walczącą dzielnie o przetrwanie i utrzymanie naszej gromadki.
Nie pamiętam byśmy cierpieli biedę, żyliśmy jak wszyscy i mimo okupacji nie miałam nieszczęśliwego dzieciństwa….nie odczuwałam braku lalek, zabawek…. ..... ....... koleżanki na podwórku też ich nie miały.
Ale za to w trzeciej klatce na parterze była świetnie jak na tamte czasy zaopatrzona biblioteka dla dzieci i młodzieży…. i od piątego, szóstego roku życia byliśmy z bratem stałymi jej czytelnikami..
Mama i babcia wieczorami po ułożeniu nas do łóżek - siadywały latem z sąsiadkami pod oknami na ławce…. do tej pory słyszę dochodzące przez otwarte okno odgłosy ich rozmów. Okupacja powodowała, że mieszkańcy naszej klatki schodowej byli zżytą społecznością…. nikt nie obawiał się policjanta mieszkającego na parterze, podkarmiano wspólnie z nim żydóweczkę Lodzię wędrującą od mieszkania do mieszkania. Miał córkę zbliżoną wiekiem do Lodzi.
Między pierwszym, a drugim piętrem, albo drugim a trzecim na korytarzu znajdowała się skrzynka z licznikami prądu, która służyła jako schowek podziemnych gazetek. Ktoś te gazetki dostarczał, a czytali je wszyscy, pewnie i policjant również.
Jednego nie zapomnę – strachu, który nam wtedy ciągle towarzyszył. Na ulicach bardzo bałam się mundurów niemieckich, rozumiałam już co znaczą łapanki uliczne i domowe.
W naszym mieszkaniu - dwukrotnie pamiętam przechowywaliśmy w nocy, w jednym z pokoi z drzwiami zastawionym szafą kilkanaścioro młodych chłopców i dziewcząt zebranych z całego domu bo spodziewano się nocnych aresztowań. Szczęśliwie do tego nie doszło. Pamiętam natomiast śmiechy dobiegajace w nocy z tego pokoju i uciszającą ich zdenerwowaną babcię
Nie zapomnę nalotów nocnych. Syreny - alarm, ubieranie się w biegu, szybkie zbieganie do piwnicy, koniec alarmu – wrócą, nie wrócą. I ta moja biedna mama z dwójką dzieci i babcią staruszką, pilnująca by wszystko przebiegało jak najsprawniej.
Potem powstanie - osobny rozdział. Piąty sierpień. Rzeź, która na zawsze pozostanie w pamięci. Długo by o tym opowiadać. Ale przeżyliśmy. Po powstaniu kolejno dwa miesiące w Strzykułach, majątku ziemskim pod Warszawą, gdzie właściciel udostępnił uciekinierom prycze ze słomą w folwarcznym pomieszczeniu dla służby, potem Ożarów, Łowicz i wieś Górki pod Łowiczem. Tam w małej chałupinie, przylegającej do muru cmentarza / nocami pod tym murem odbywały się egzekucje / doczekaliśmy wkroczenia wojsk radzieckich.
Po dalszej tułaczce, zakończonej na dobre w Gdyni - mama nie myślała już o powrocie do Warszawy. Nie było do czego. Moja dalsza, dość liczna rodzina popowracała jednak, wszyscy powoli jakoś się urządzili, oprócz jednego z wujków, który stracił w powstaniu syna jedynaka i wielki majątek. Rzucił się pod pociąg gdy upewnił się ostatecznie, że jego ukochany syn nie żyje i dowiedział się od jego kolegów, gdzie poległ i kiedy.
A potem – jak wszystkim, nie było lekko, mama bardzo dużo pracowała po godzinach /co teraz się uważa za normalne / i dała jakoś z trudem radę nas wykształcić. Ja skończyłam chemię na politechnice, brat ichtiologię w WSR w Olsztynie. Mieszkałam w Gdyni 22 lata. Ale losy rzuciły mnie na drugi kraniec Polski do Zakopanego, gdzie mieszkamy z mężem przeszło 40 lat w domu zbudowanym w latach trzydziestych XX wieku – przez teścia, przedwojennego majora. Jeszcze coś – mąż urodził się trzy lata przede mną również w domu Wawelberga.
Kilka słów o moich przodkach – dziadek od strony mamy był piłsudczykiem, fabrykantem, no może trochę za szumnie – prowadził małą fabryczkę garbarską, zadłużył się u Żydów i zbankrutował. Przy jego fantazji musiał zbankrutować. Miewał kosztowne pomysły, np. przejażdżki na białym koniu ulicami Warszawy, zakłady na wyścigach konnych. Ale posiadając przyznaną mu przez Piłsudskiego emeryturę - do końca życia powodziło mu się nieźle.
Tata też był człowiekiem nietuzinkowym. Pochodził z kieleckiej wsi. W wieku 15 lat uciekł z domu i podając się za starszego niż był zaciągnął się do legionów. Legioniści pomogli mu zdobyć wykształcenie, po wojnie był pracownikiem sejmu - rozstrzelany przez Niemców jako zakładnik w pierwszych miesiącach wojny 1939r. Mama – warszawianka po przedwojennej Szkole Handlowej, bardzo surowo wychowywana przez dziadka. Dlatego własnym dzieciom zostawiała dużo swobody.
Tata męża miał bardzo ciężkie i ciekawe życie, uczestniczył w trzech wojnach: rosyjsko japońskiej w 1905r., światowej w 1914 - 1918r i II światowej w 1939r.. Kiedyś jego historię opisałam w dokumentalnym fotoreportażu , jeśli byłby Pan nim zainteresowany mogę go przy okazji przesłać - zdjęcia z komentarzami na które Pan natrafił w internecie nie pochodzą z blogu, tylko z wielo tematycznego forum o nazwie Cafe Klub Seniora. Moje wpisy o domach Wawelberga pochodzą z 2008r..... przy okazji Pana listu przypomniałam sobie o nich. Co do blogów jako takich - owszem prowadzę dwa blogi poetyckie, z poezją znanych i nieznanych poetów. Jestem wielką miłośniczką poezji.
Zaciekawił mnie Pana film, chętnie bym go obejrzała….jak rozumiem oparty jest na faktach autentycznych. Niestety nie znam języka angielskiego, więc obejrzenie go z płyty nic by mi nie dało. Czy już ukończony? Dlaczego zamieszkał Pan w Australii? Czy osiadł Pan tam na stałe? Córka jednak jak Pan pisze wybrała Polskę i czwarte pokolenie rośnie na Górczewskiej 15.–.Gratuluję. Mój syn, trochę młodszy od Pana, też od dwóch lat jest dziadkiem. Czyli nas o zgrozo uczynił pradziadkami.
Przepraszam, że odpisuję z opóźnieniem, ale by zmieścić to co powyżej - pisałam ten list z doskoku przez kilka dni. Wyobrażam sobie jak Pan się znudził. Ale tak to ze mną jest, jak już zacznę pisać, to trudno mi skończyć.
Pozdrawiam serdecznie. A. Z.
PS. Co do Facebooka też nie jestem przekonana, ale zrobił się tak popularny, że po prostu nie wypada w nim nie być.
sobota, 8 sierpnia 2026
piątek, 7 sierpnia 2026
Julian Tuwim - Fragment poematu "Kwiaty polskie":
(...) My country is my home. Ojczyzna
Jest moim domem. Mnie w udziele
Dom polski przypadł. To - ojczyzna.
A inne kraje to hotele.
Mój dom. Mieszkanie. Pokój. Biurko.
A w nim (pamiętasz?) ta szuflada,
Do której się przez lata składa
Nie używane już portfele,
Wygasłe kwity, wizytówki,
Resztki żarówki, ćwierć-ołówki...
Leży tam spinka, fajka, śrubka,
Syndetikonu pusta tubka,
Jakaś pincetka czy pipetka,
Stara podarta portmonetka.
Kostka do gry, koreczek szklany.
Bilet na dworcu nie oddany,
Szary zamszowy futeralik,
Zeschły pędzelek, lak, medalik,
Przycisk z jaszczurką bez ogona,
Legitymacja przedawniona,
Brązowe pióro wypalane
Z białym napisem "Zakopane".
Korbka od czegoś, klucz do czegoś,
Lecz już oboje "do niczegoś"
Słowem, wiesz, jaka to szuflada...
A gdy jej wnętrze dobrze zbadasz,
Znajdziesz tam małe zasuszone
Serce twe, w gratach zagubione...
Więc nie wyrzucaj nic, nie sprzątaj...
Przyda, nie przyda się -- niech leży.
Oszczędzaj graty przy "porządkach"
W takich szufladach i zakątkach,
Boś z każdym cząstkę życia przeżył
I trwasz, nie wiedząc, z tą starzyzną...
Jak z tą szufladą, tak z ojczyzną:
Nic nie wyrzucisz. Coś ci wzbrania
Przetrząsnąć lamus przywiązania
I "niepotrzebne", "nieużyte"
Usunąć. Niech zostanie z tobą.
Zabobon, mówisz? Tak, zabobon...
Ludzie uczeni zwą to - mitem.
I z tej codziennej mitologii
Nagłych, z zaułka, zjawień, olśnień,
To z barwy, z linii, to z melodii
Chwila ojczyzną ci wyrośnie.
Emily Dickinson - Nie, nie znam samotności
Nieprzeliczone zastępy -
Drwią sobie z drzwi zamkniętych -
Nie mają szat ani imion -
Almanachów - ni krajów -
Lecz nieokreślone domy
Jak gnomy -
Kurierzy w moim wnętrzu
Dają znać, że są w drodze -
Odejścia nie ogłaszają -
Bo nigdy nie odchodzą -
Emily Dickinson
Tł. Ludmiła Marjańska
czwartek, 6 sierpnia 2026
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1944r. RZEŹ WOLI.
Czy gdybym mogla jednym zdaniem, jednym slowem przekreślić, wyrzucić z pamieci albo ,pamietać ale zpomnieć ten dzień 5 sierpnia - sprzed 82 lat , chciałabym tego? Chyba nie. Tego dnia nie powinnam zapomnieć.....
BY NIE ZAPOMNIEĆ !
W 82 rocznicę POWSTANIA WARSZAWSKIEGO. przypomnę więc po raz drugi i trzeci i czwarty moje wspomnienia z PIĄTEGO DNIA POWSTANIA, gdy zamordowanych zostało kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Woli:
OKRUCHY WSPOMNIEŃ SPRZED 82 LAT – Z DNIA 5 SIERPNIA 1944r -. NAJBARDZIEJ KRWAWEGO DNIA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO zwanego "RZEZIĄ WOLI."
Właściwie są to pocięte okrawki wspomnień 9 letniej dziewczynki, które jeszcze ocalały w mojej pamięci….
Mieszkałam z Mamą, Babcią i o 2 lata starszym bratem na Woli, na ul. Górczewskiej 15 w jednym z domów Wawelberga. Tatę Niemcy rozstrzelali na początku wojny.
Dzień przed godziną W..... czyli godziną rozpoczęcia powstania przenieśliśmy się wszyscy na noc do nieużywanego pokoju, którego okna wychodziły na ulicę. Wyczuwaliśmy z bratem w zachowaniu mamy i babci jakiś niepokój . Nie rozumiał dlaczego musi wypuścić swoje ulubione 2 szczygły fruwające dotąd swobodnie po mieszkaniu..
1 sierpnia obudził nas ruch – przenoszenie się do piwnicy. Wszystko odbywało się jednak w dziwnej, niezrozumiałej dla nas dzieci atmosferze. Czuliśmy, że coś się dzieje.
Po południu przed 17.00 już wiedzieliśmy, ale nie rozumieliśmy jeszcze powagi słowa - Powstanie. Nie docierała do nas groza tego co będzie, tym bardziej, że mama z babcią na zmianę płakały i cieszyły się.
Pamiętam pierwsze, cztery dni i noce sierpnia spędzone w piwnicy .….. nasze życie skoncentrowało się i ścieśniło do jednego, ledwo oświetlonego lampą naftową.… dusznego pomieszczenia, reszty mieszkańców podobnie.
Mimo dobiegających to z bliska, to z daleka odgłosów strzałów brat wyrywał się co jakiś czas na podwórko, potem na ulicę….. oświadczył Mamie, że on również pójdzie walczyć. Poruszyła jednak ambicję 11 latka. - a kto się będzie nami opiekował, jesteś przecież jedynym mężczyzną w rodzinie,
Wieczorami cichła strzelanina i mieszkańcy zbierali się na podwórku pod świeżo powstałą kapliczką na zbiorowe modły i śpiewy.
5 sierpień…. Nad ranem opuścili piwnicę towarzyszący do tej pory swoim rodzinom, mężowie i synowie uprzedzeni przez powstańców, że niedługo wejdą Niemcy, oni przenoszą się na dalsze stanowiska, jeśli nie chcą zginąć mogą do nich dołączyć…. Ci co się zdecydowali przeżyli. .
To był bardzo upalny dzień, w piwnicy było duszno i gorąco. Do tego wszyscy przewidująco ubrani - w zimową odzież. Brat zdążył jeszcze pobiec na chwilę do mieszkania by postawić na blacie kuchennym akwarium z rybkami w nadziei, że w razie pożaru nie ugotują się.. niestety biedne rybki nie uniknęły tego..
Wszyscy już wiedzieli, lada chwila wtargną Niemcy….Podobno na przywitanie wrzucają granaty.
W pomieszczeniach piwnicznych zapanowała cisza… cisza wyczekiwania.
Tyle lat minęło, a ja tą ciszę jeszcze słyszę.
Nadeszli….
Wrzaski i krzyki po niemiecku… ustawili się przy wyjściu w podwójnym szeregu z wycelowanymi karabinami.
Mieszkańcy musieli po kolei wychodzić, my również, kurczowo trzymający się mamy.
Wyciągają naszego ratlerka, ukochaną Mikusię i rozwalają o ścianę.
Szukają mężczyzn… z brata mama zrobiła dziewczynkę w chusteczce na głowie…. Siwe włosy babci schowała pod czapką…..
Starych ludzi rozstrzeliwują na podwórku - już pry wyjściu. Widzę leżącego mężczyznę i dwóch płaczących nad nim chłopców…..
Ustawili nas w szeregu. Wychodzimy na ulicę….. rynsztokami płynie krew, z obu stron zwały trupów.
Co chwila słyszę mamę – zasłoń oczy, nie patrz tam, odwróć się.
Ale ten widok, na zawsze pozostał mi w oczach i pamięci.
Z szeregu robi się pochód. Żołnierze /głównie ukraińscy/ zatrzymują nas…. Jest rozkaz by wszystkie pakunki rzucić na ulicę, kosztowności oddać.
Chodzą i zbierają, jeśli ktoś się ociąga, lub trudno mu ściągnąć pierścionek, czy obrączkę – obcinają palce.
Mama oddała wszystko co miała, w zdenerwowaniu część jej wypadła z rąk.
Później z satysfakcją opowiadała, że dzięki temu jej biżuteria nie dostała się w ręce bandytów. Jakoś jednak ukryła zawiniątko z jedzeniem /puszkę sardynek, kawałek słoniny /
Cały czas drży o babcię, bo nadal wyciągają z szeregu starsze osoby..
Pochód wędruje dalej w kierunku Moczydła…..
Zatrzymujemy się przed jakimś wiaduktem….
Zaczynają nas ustawiać w małe grupy… gotowe do egzekucji./ widać ustawione karabiny /
trzymamy się kurczowo mamy, słychać krzyki, szarpania i strzały.
Stoimy w tym południowym, sierpniowym upale dość długo. Okazało się później, że pod wiaduktem Ukraińcy od rana masowo rozstrzeliwali i ciała spędzanych z okolic Woli mieszkańców. prawie natychmiast spalali. Było ich tysiące. Nas uratował, jak przeczytałam później - wydany przez Himmlera rozkaz by czasowo wstrzymać egzekucje ludności cywilnej
W ostatniej chwili wiadomość przywiózł na motocyklu jakiś niemiecki oficer…. Pamiętam tego nadjeżdżającego z daleka motocyklistę.
Pochód popędzono dalej. Było już chyba późne popołudnie, gdy upychając nas na siłę wtłoczyli do jakiejś hali. Jak się później dowiedziałam była to Hala Warsztatów Kolejowych na ul. Moczydlo.
Nie było mowy by usiąść, lub nawet przykucnąć. Mimo tego stłoczenia cały czas napływały nowe partie ludzi. W hali panowała cisza… cisza oczekiwania, ludzie mówili do siebie szeptem.
Niemcy zaczęli zwoływać mężczyzn by zgłaszali się na ochotnika do prac przy rozbieraniu barykad, na zewnątrz hali. Potrzebnych jest pięciu.. Wyszło pięciu pierwszych. Po chwili usłyszeliśmy odgłosy strzałów karabinowych.
Wywoływali kolejne grupy po 10, 15, 25. Serie strzałów stawały się coraz dłuższe, prawie ciągłe.
Żony żegnały się z mężami, matki z synami, słychać było płacz i łkania kobiet.
Nad ranem w hali zrobiło się luźniej. Można było usiąść na ziemi.
Koło naszej gromadki leżał na noszach młody mężczyzna.
Mama położyła mu koło głowy zawiniątko z jedzeniem ze słowami: nam już nie będzie potrzebne, zaraz przyjdzie kolej na kobiety i dzieci, a pana, rannego przecież nie zabiją.
Okazuje się, że nie miała racji…. Wynieśli i zastrzelili go na noszach.
Byliśmy z bratem przygotowani na śmierć. Żegnaliśmy się z sobą i z babcią. Staraliśmy się być dzielni, nie pamiętam bym odczuwała jakiś wielki strach….
Raczej nieuchronność, która za chwilę się stanie. najbardziej jednak oboje z bratem obawialiśmy się by mama nie była tą pierwszą, płacząc prosiliśmy ja o to.
Rano zrobiło się zupełnie luźno… Egzekucje ustały, mężczyzn już nie było.. Kobiety i dzieci zostały przy życiu.
Dużo by jeszcze było do opowiadania….
O księdzu z mojej szkoły, którego zakonnice przebrały, ukrył się między nimi i ocalał.
O sąsiedzie z drugiego piętra, który wyszedł z dwuletnią córeczką na ręku z nadzieją, że dziecko go ocali. Ocaliło…. Bo kula zabiła córeczkę, a jemu przeszła przez policzki i w nocy wydostał się spod zwału trupów..
O braciach, którzy w nocy pod stosami zabitych rozpoznali swoje głosy… i czołgali się do siebie. Niestety Niemcy usłyszeli ich i dobili. Do rana trwało dobijanie dających oznaki życia.
O studencie medycyny pracowniku Szpitala Wolskiego, który uciekł z miejsca egzekucji spod kul. Była to jedyna, udana brawurowa ucieczka w tym miejscu.
Nie znałam go, a jednak pośrednio los mnie z nim zetknął. Za 30 lat jego żona doktor medycyny tak jak i on, pomogła mi dostać się do jednego z najlepszych chirurgów w latach 70-.ch
O tym, że wśród tych bandytów i morderców, niemieckich i ukraińskich eskortujących uformowaną rano z osób pozostałych przy życiu, głównie kobiet z dziećmi długą kolumnę, podążającą w nieznanym nam wtedy kierunku - znalazł się żołnierz austriacki, który szedł i płakał. Płakał nad naszym losem, widziałam łzy tego człowieka.
Przymykał oczy na pojedyncze ucieczki z kolumny.
Niestety inni żołnierze zaczęli za nimi strzelać. Ucieczki ustały.
O tym jak uratowaliśmy się przed Pruszkowem i wywozem do obozu,
O ukrywaniu się przed bandami ukraińskimi grasującymi w okolicach Warszawy, głównie w poszukiwaniu młodych kobiet, do jakich zaliczała się wtedy i moja mama.
O gwałtach i okrucieństwach jakich się na nich dopuszczali.
I o tułaczce. Byłaby to jednak następna, długa opowieść. Opowieść o warszawskich, powstańczych uchodźcach, szukających swojego, nowego miejsca do życia.
ponad 65 tys. Polaków,
z czego 59 400 miało zginąć w dniach 5-7 sierpnia..
W rejonie Górczewskiej i Moczydła w miejscu kaźni pod halą
warsztatów kolejowych – ok 4.500.
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Tadeusz Różewicz - Pomniki
Mają kształt dołu
Nasze pomniki
Mają kształt
Łzy
Nasze pomniki
Budował pod ziemią
Kret
Nasze pomniki
Mają kształt dymu
Idą prosto do nieba
niedziela, 2 sierpnia 2026
Przychodzi w życiu czas wspomnień, przeglądania albumów, tych bardzo starych i nowszych.
Z tych starych - ze strony mojej rodziny niewiele ocalało, prawie wszystko spłonęło w powstaniu warszawskim.
Pożoga II wojny światowej ominęła natomiast dom rodzinny mojego męża Kazimierza Zaleskiego, zostało
trochę pamiątek i starych zdjęć, które wykorzystałam by opowiedzieć w pierwszej kolejności o jego ojcu – Franciszku Zaleskim, który najbardziej na to zasługuje.
Gdy weszłam do rodziny męża, jego tata był uroczym, już mocno starszym panem... Jedyny syn, a mój mąż pojawił się na świecie dopiero, gdy teść zbliżał się do pięćdziesiątego roku życia.
Miał ciężkie, ale i ciekawe życie, bogate w przeżycia wojenne - uczestniczył w czterech wojnach, w tym dwóch światowych.
Urodził się w 1882r.w polskiej rodzinie, w Sobotnikach na terenie Kresów Wschodnich, które należały wtedy do zaboru rosyjskiego…
sobota, 1 sierpnia 2026
czwartek, 30 lipca 2026
wtorek, 28 lipca 2026
Emily Dickinson - MIŁOŚĆ JEST WCZEŚNIEJ NIŻ ŻYCIE
poniedziałek, 27 lipca 2026
Wójcik Leszek - z tomiku „Cokolwiek dalej” 1999.
Genealogia
genealogiczne
na drzewie siedzi małpa
drapie część ciała
z której ewolucja ukradła jej ogon
przedrzeźnia mnie
ale się do mnie nie przyznaje
jestem zbyt nieludzki
by być jej potomkiem
Wójcik Leszek -
niedziela, 26 lipca 2026
piątek, 24 lipca 2026
Jan Twardowski - MIŁOŚĆ.
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach
jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie
jest miłość wariatka egoistka gapa
jest miłość co była ciałem a stała się duchem
czwartek, 23 lipca 2026
Wójcik Leszek - NIEUCHRONNOŚĆ........
| HANS MEMLING - fragment tryptyku "Sąd Ostateczny" |
NIEUCHRONNOŚĆ........
"co nie do pomyślenia
jest do pomyślenia"
W. Szymborska "Jarmark cudów"
Wszystko co jest do pomyślenia
staje się prędzej czy później
jakby maszynę świata
napędzała nasza wyobraźnia
Badanie głębin mórz i kosmosu
nieziemskie cuda techniki
wymyślono zanim mogły stać się naprawdę
Piekielne ognie krematoriów
czyśćcowe katusze łagrów
czekały na obrazach Memlinga i Boscha
by ktoś uwolnił je do życia
Wszystko co się zdarza
dzieje się nie bez naszej winy
jakby świat cały dla nas
przez nas stwarzał się nieuchronnie
(z tomiku "Cokolwiek dalej" 1999)
Wójcik Leszek.
środa, 22 lipca 2026
Krzysztof Kamil Baczyński - Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie..
Ciemniej
opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść.
Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?
Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.
Dni ulatują w trwogę o ciebie,
noc obca gwiazdami zarasta i bladą miejską trawą.
Wiatr wspomnienia — chmurom oderwana gałąź.
A przecież
te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą.
wtorek, 21 lipca 2026
Mevlana Celaleddin Rumi .
Osiemset lat temu, 30 września 1207 roku,na terenie obecnego Afganistanu, przyszedł na świat Celaleddin Rumi, zwany Mevlaną – chyba najsłynniejszy filozof, poeta i mistyk ówczesnej Anatolii. Dziś przyznają się do niego zarówno Turcy, jak i Persowie.
Mawiał : „Po naszej śmierci nie szukajcie naszych cmentarzy! Miejsce naszego spoczynku jest w sercach ludzi”. Jego filozofia miała głęboki humanistyczny sens.
Mevlana Celaleddin Rumi
W miłosierdziu wielkodusznym bądź słońcem.
Wstyd podły skrywając bądź nocą.
W dawaniu szczodrym bądź rzeką.
W czarnej złości bądź śmiercią.
W łagodnej skromności bądź ziemią.
Niech Cię widzą, kim jesteś lub bądź, kim Cię widzą.
„Nie jesteś kroplą w oceanie. Jesteś całym oceanem w jednej kropli.”
niedziela, 19 lipca 2026
Jonasz Kofta - Kiedy się dziwić przestanę
| Tamara Łempicka |
Gdy w mym sercu wygaśnie czerwień
Swe ostatnie, niemądre pytanie
Nie zadane, w połowie przerwę
Ubożuchna rozsądkiem maleńkim
Czasem tylko popłaczę sobie
Łzami tkliwej i głupiej piosenki
By za chwilę wszystko zapomnieć
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Zgubię śpiewy podziemnych strumieni
Umrze we mnie co nienazwane
Co mi oczy jak róże płomieni
Tylko życia straszliwe piękno
Mnie ominie nieśmiałą wiosną
Za daleko jej będzie do mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Lżej mi będzie i łatwiej bez tego
Ścichną szczęścia i bóle wyśmiane
Bo nie spytam już nigdy - dlaczego?
Błogi spokój wyrówna mi tętno
Gdy się życia nauczę na pamięć
Wiosny czułej bolesne piękno
Pożyczoną poezją zakłamię
I nic we mnie i nic koło mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie.
sobota, 18 lipca 2026
Grzegorz Turnau - Piosenka dla ptaka
| Joni Johnson Godsy |
Kiedy podnieść się nie możesz
i ogarnia cię zwątpienie,
wtedy nie płacz, ptaku, nie płacz.
Podnieś głowę w stronę nieba,
uwierz skrzydłom,
własnym skrzydłom,
one kiedyś ci pomogą
unieść się nad ziemię, wstać.
Lot twój będzie tak wysoki,
lot twój będzie tak daleki,
ile wiary i nadziei
własnym skrzydłom możesz dać.
bliżej nieba, dalej ziemi,
nie zapomnij tam, w przestrzeni
nie zapomnij tam, w błękicie
o tym małym skrawku ziemi,
gdzie powstało twoje życie.
czwartek, 16 lipca 2026
LILLA LATUS
„Trudno opisywać te wiersze, bo doskonałość w nich zawarta jest i w tym, że innymi słowami niż słowa wiersza nie da się ich wytłumaczyć.
Wszystko napisane inaczej może stać się czymś banalnym albo brutalnym.
A dlaczego nie jest? To jest tajemnica dobrej poezji"
CREDO
nie wierzę w raj
bez psa z kulawą nogą
bez czarnego kota
przebiegającego drogę
Panu Bogu
nie wierzę w raj
bez motyla
który nie potrafi odróżnić
kapusty od fiołka
bez mrówki uginającej się
pod ciężarem sosnowej igły
nie wierzę w raj
bez muchy natrętnie
rysującej aureole
nad głowami świętych
bez papużek szczęśliwie
nierozłącznych
i bez pawia
dumnie
zasłaniającego tęczę
wierzę w raj
otwarty na oścież
CZWARTY FILAR
czy będziesz mnie kochał
gdy będę miała 90 lat
przestanę farbować włosy
i depilować nogi ?
czy będziesz ze mną
przebierać paciorki
różańca
gdy na okiennej szybie
ukaże się twarz Chrystusa?
moją rękę
pokrytą starczymi plamami?
czy będzie z nami
nasza nie ubezpieczona miłość?
sobie do serca
a ono rozrosło się
gałęziami westchnień
rozszalało urodą grzechu
którego się nie żałuje
teraz serce mam kwitnące
na mojej dłoni jabłko
chętne czerwienią
weź — to z mojego ogrodu

