Etykiety

wtorek, 13 grudnia 2022

TADEUSZ BOY-ŻELEŃSKI - Pochwała wieku dojrzałego






Ma­rzę czę­sto o tym wie­ku,
Gdy zwie­rzę gi­nie w czło­wie­ku;
Gdy już żad­na z ziem­skich chu­ci
Wła­dzy Du­cha nie za­kłó­ci.

Jak to musi być przy­jem­nie!
Nic poza mną, wszyst­ko we mnie:
Zmy­słów swo­ich gę­stą pia­nę
Zbie­rasz w so­bie jak śmie­ta­nę
I rzu­casz (czy to nie pro­ściej?)
Na ekran Nie­skoń­czo­no­ści.
Oczysz­czo­ny duch ula­ta
W har­mo­nij­ne krę­gi świa­ta,

Do­ko­ła czło­wiek spo­glą­da,
Nic nie pra­gnie, nic nie żąda,
W cią­głej eks­ta­zie na ja­wie
Żyje się -- za bez­cen pra­wie.
A czas! tu do­pie­ro zy­ski:
Żaden cia­ła po­pęd ni­ski
Ro­bo­cze­go dnia nie kur­czy,
Nie za­wa­dza w pra­cy twór­czej;


Z po­ko­ju, mocą ta­jem­ną,
Nie wy­ga­nia cię w noc ciem­ną;
Gdzież tam! Z nie­biań­skim spo­ko­jem
Sie­dzisz przy biu­recz­ku swo­jem,
Hu­czy, dymi sa­mo­wa­rek,
Ty rów­niut­ko jak ze­ga­rek,
Za­wsze z jed­na­ką ocho­tą,
Ni­zasz my­śli nit­kę zło­tą,
Upra­wiasz swój in­te­re­sik
Po­god­nie jak dru­gi Esik.

Od cza­su Du­cha na­ro­dzin
Dzień po­dwo­ił licz­bę go­dzin!
A cóż do­pie­ro w po­dro­ży!
Żadna chwi­la się nie dłu­ży;
Ląd czy mo­rze, ty bez prze­rwy
Za­wsze masz spo­koj­ne ner­wy;
Nie za­cho­dzisz ni­g­dy w gło­wę,
Jak bli­sko mia­sto por­to­we;
Nie sta­jesz ca­lut­ki w pą­sie
Przy po­dej­rza­nym anon­sie;
Bez żad­nej my­śli ubocz­nej,
Jak pro­sty świa­dek na­ocz­ny,
Ba­dasz so­bie obce kra­je,
Zwy­cza­je i oby­cza­je;
Oglą­dasz domy, uli­ce,
Zwie­dzasz ślicz­ne oko­li­ce,

Bez kło­po­tów, bez przy­kro­ści,
Bez dwu­znacz­nych zna­jo­mo­ści:
Nie ro­zu­mie ta dzicz mło­da,
Co to za wście­kła wy­go­da.
Cóż to za prze­sąd, za­iste,
Ba, urą­go­wi­sko czy­ste,
Ta niby-praw­da utar­ta,
Że tyl­ko mło­dość cos war­ta!
Przy­po­mnij so­bie, czło­wie­ku:
I czym ty by­łeś w tym wie­ku?



Ot, pę­dzi­wiatr, du­reń mło­dy,
Ślepe na­rzę­dzie przy­ro­dy,
Wszę­dzie go­to­we po tro­sze
Wściu­bić te swo­je trzy gro­sze;
W sza­leń­stwie gor­szy od źwi­rząt:
Wprost już nie czło­wiek, lecz przy­rząd!

I co taki wie o świe­cie,
O ży­ciu czy o ko­bie­cie?
Czy w tym pu­stym łbie się mie­ści,
Co zna­czy po­wab nie­wie­ści?
Ta har­mo­nia nie­sły­cha­na
Po to od Boga jej dana,
By iść przez świat niby świę­ta,
Uwiel­bia­na i nie­tknię­ta,
Obca wszel­kim ziem­skim sza­lom,
Wieść ludz­kość ku ide­ałom!

Czy taki mło­kos to czu­je?
Czy zro­zu­mie, usza­nu­je?
On, co żyje jed­na chęt­ka:
Dużo, byle jak i pręd­ko!

Inna rzecz, gdy już w nas cud­nie
Nie­czy­stość wszel­ka wy­chłód­nie.
Wów­czas, ach, wów­czas do­pie­ro
Wraz z tą naj­pięk­niej­szą erą --
Wie­lu z pa­nów mi to przy­zna --
Żyć roz­po­czy­na męż­czy­zna:

Gdy z płci swo­jej nie­wol­ni­ka
Zmie­nia się w pana, w zwierzch­ni­ka;
Gdy wol­ny od grub­szych ro­bot
DUCH za­ży­wa peł­ni swo­bód.
Czy zro­zu­mie mło­da gło­wa,
Co to na przy­kład roz­mo­wa?
Gdy dwie płcie, zgo­ła od­mien­ne,
Wy­mie­nia­ją my­śli cen­ne;
Sło­wo z sło­wem igra, skrzy się,
Fru­wa jak pił­ka w te­ni­sie,
Cza­sem le­ciut­ko do­ty­ka
Mi­ster­ne­go dwu­znacz­ni­ka,
To pa­ra­dok­sem się mie­ni,
To licz­ko wsty­dem spla­mie­ni;

Któż mi­strzem w ta­kiej roz­mo­wie?
Tyl­ko doj­rza­li pa­no­wie!
A mło­dy? Głu­pie to, pło­che,
Tyl­ko po­bru­dzi poń­czo­chę,
Bąka coś, po­żal się Boże,
To znów kwa­śny, nie w hu­mo­rze,
Jed­na myśl go ści­ga wszę­dzie:
Bę­dzie... z tego czy nie bę­dzie.

Ni­g­dy po­jąć nie był w sta­nie,
Jak to może ba­wić Pa­nie.
Sło­wem, nie prze­są­dzę wca­le:
W po­dró­ży czy kry­mi­na­le,
Przy pra­cy czy przy za­ba­wie,
W każ­dej sy­tu­acji pra­wie,
Czy przy po­li­tycz­nej mi­sji,
Czy w te­atral­nej ko­mi­sji,

Wiek doj­rza­ły ma, bez bla­gi,
Tak oczy­wi­ste prze­wa­gi,
Że ży­czę wam, bra­cia mili,
By­ście go ry­chło do­ży­li.

Hillar Małgorzata - Za granatowym murem





Boje się 

kiedy odchodzisz 
za granatowy mur 
snu 
gdzie kwitną 
twoje tulipany 
a jaskółki siadają 
na księżycowych drutach 
których nigdy 
nie zobaczymy razem 


Chodzisz tam 
ze mną 
zupełnie mi nie znaną 
tylko twoją 


Przytuleni 
wyłuskujecie 
z czarnego słonecznika 
cierpkie ziarnka 
snu 


Zazdrosna o siebie 
wiem 
nawet gdy otworzę 
furtki twoich powiek 
nie przejdę przez nie 
na drugą stronę 
muru 

niedziela, 11 grudnia 2022

NORMAN MacCAIG - Pierwszy z nich

 

NORMAN MacCAIG  ( ur. 1910 w Edynburgu, poeta szkocki,) 





Pierwszy z nich

Pod drzewem szlocha wąż.
Tyle lat już go nienawidzą.


Nawet Adam i Ewa
ledwo stracili z oczu miecz płomienisty,
zaczęli go przeklinać

.
A co rodzice naopowiadali dzieciom
na jego temat,
a księża i prawodawcy.


Biedny wąż. Pełza na brzuchu
roniąc łzy bursztynowe na piasek i jęczy:

„Ja tylko wykonywałem rozkazy”.


Tłumaczył Andrzej Szuba

MOJA NIEDZIELNA KARTKA Z KALENDARZA.

 


piątek, 9 grudnia 2022

Adam Lizakowski - Babka Paulina

 Adam Lizakowski (ur. w 1956r w Dzierżoniowie )jest  polskim, emigracyjnym poetą, uważanym za Promotora Kultury Polskiej za granicą. 

W momencie wybuchu stanu wojennego w 1981r. zdecydował się na emigrację do USA. mieszka na stałe w Chicago, obecnie na zmianę również w kraju ojczystym.

Kilkakrotnie nagradzany za swoją twórczość  (tylko pierwsze miejsca) w Międzynarodowych Konkursach Poetyckich.  W kraju otrzymał w 2008 r. nagrodą literacką, od Polskiego Komitetu do spraw UNESCO oraz dyplom uznania podpisany przez ministra kultury. 

Jest też tłumaczem poezji amerykańskiej,.. jej znawcą i propagatorem. 


Henry John Dobson
Babka Paulina

W 1888 lub 1889 gdy miała trzy lub cztery latka
spała na piecu
pewnego dnia znalazła na nim suszące się
wielkie buciory swojego ojca
sto diabłów rogatych podkusiło ją
aby napchała do nich marmolady.

 

Lubiłem ją nigdy się nie uskarżała
nigdy mnie nie zawiodła
nigdy nie szukała ideałów w życiu.

 

Przeżyła dwie wojny światowe
epidemię tyfusu (dziadek nie przeżył)
cesarzy Rosji, Austrii, Niemiec
(którzy nawet zza grobu wciskają
nogę pomiędzy drzwi granic państw ościennych)
ileż to razy jej wyblakłe oczy oglądały
podłość, chciwość ludzką.

 
Ileż to razy jej ręce (przypominające wiosła)
pokazywały sikorkę za oknem
krajały chleb, przewijały niemowlę
ubierały nieboszczyka, robiły znak krzyża nad trumną

ileż to razy jej usta objaśniały
największe tajemnice (robienie konfitur czereśniowych)
rozwiązywały największe zagadki
(wyprasować spodnie z jednym kantem)
powierzały największe sekrety
(co dostanę od rodziców pod choinkę).

 

Gdy urodziłem się ona miała około 70
rozumiałem ją kiedy wykipiało jej mleko
rozumiałem ją kiedy nerwowo szukała
różańca, torebki, chusty, laski.

 

Lubiłem słuchać jej opowieści
dyrdymały kacabały fanaberie
och Boże jak ją kochałem
jej wspaniały humor, błyskotliwe odpowiedzi.
 

Była najmądrzejszą na świecie
chociaż nigdy nie nauczyła pisać ani czytać
och Boże jak ona mnie kochała
chociaż nigdy tego słowa nie powiedziała.
 

Pokochać kogoś to znaczy huśtać go na kolanie, śpiewać
„krakowiaczek jeden miał koników siedem,
pojechał na wojnę został mu się jeden,
siedem lat wojował, szabli nie wyjmował
szabla zardzewiała wojny nie widziała”.
 

Pokochać kogoś to znaczy zasznurować jego but
pogłaskać po głowie, podrapać po plecach
pozwolić wysmarkać się w koniec fartucha.
 

Pamiętam ją po 25 latach
mała zasuszona śliwka (tak wyglądała)
stoję przy oknie, kot lucyper śpi na jej łóżku
czekamy na nią – wreszcie się pojawia
w lewej ręce torebka w prawej laska
wraca z kościoła.
 

Zamykam oczy widzę ją
nie tak dawno temu
wczoraj – 100 lat temu
wdrapuje się na piec jak kot.

czwartek, 8 grudnia 2022

Jonasz Kofta - Wyspa

 

Kiedy się szumem, tłumem, gwarem
Ludzkie skupiska ustokrotnią
Najdroższym na świecie towarem
Będzie samotność.


Tęsknotą ciszy uciekamy
W bezludność wyspy, słońce południa,
Lecz kiedy na niej zamieszkamy
Wyspa przestanie być bezludna.


Przybędzie z nami trud i strach
Niewola dnia, historii schemat
Jak pięknie wiatr układa piach
Tam gdzie nas nie ma.

Jonasz Kofta 


wtorek, 6 grudnia 2022

Jan Rybowicz - Odwet pozorów / Już nigdy nie będziemy kochać tak jak wtedy/ Prośba

 

Jan Rybowicz (ur. 26 maja 1949 w Koźlu na Opolszczyźnie, zm. 21 października 1990 w Lisiej Górze) – polski poeta, prozaik.

 Umierając przedwcześnie, Jan Rybowicz dołączył do grona kaskaderów polskiej literatury: Marka Hłaski, Rafała Wojaczka, Edwarda Stachury. Był samoukiem o złożonej osobowości udręczonym życiem i alkoholem. 

Oczytany w literaturze amerykańskiej i obarczony gwałtownym charakterem – w pisaniu wyzwalał całą swoją dzikość.


Odwet pozorów

Kamień, odrzucony przy budowie domu,
stanie się kamieniem węgielnym
jeszcze wspanialszego przedsięwzięcia.

Niesforny student wydalony z uczelni,
leniwy, choć żywy jak iskra,
stanie się wielkim wynalazcą.

Niezdolny do służby wojskowej marzyciel
stworzy własną, wielką armię
i podbije wiele narodów.

Mierny poeta, którego wierszy
nikt nie chciał drukować,
zostanie wieszczem.




Rady, jakich udzielał nieznany włóczęga,
pozostaną tymi zbawiennymi
w pamięci potomnych.

Człowiek, którym pogardzano,
stanie na czele narodu,
a jego słowa będą jak balsam na ranę.

To, co uważano za nierealne,
stanie się rzeczywiste,
i taki jest właśnie odwet pozorów.





Andrea Kvas

Prośba

Jeśli będziesz kiedyś tak zupełnie
bezdennie nieszczęśliwy
to idź odwiedzić

swoich znajomych i nieznajomych
na cmentarzu,
zobacz, jak dożywają ludzie
w domach spokojnej starości,
odwiedź domy dla obłąkanych,
szpitale oddziały dla
chorych nieuleczalnie,
umierających
po kawałku,
zamiast do pochodu pierwszomajowego
włącz się kilka razy
do pogrzebowego konduktu,




przeczytaj
"Archipelag Gułag" Sołżenicyna,
postój w kolejkach aptek,
przychodni lekarskich,
zakładów pogrzebowych,
posłuchaj,
jak wiedźmy w mrocznych kościołach
szepczą sobie o rodzajach śmierci,
niby o technikach seksualnych
swoich nieżyjących mężów.
Wyrwij bolącego zęba,
oddaj honorowo krew,
upij się do nieprzytomności,
wybierz się na włóczęgę dokoła świata,
przystąp do złodziejskiej szajki,
powieś się,
wal głową w mur,
zgwałć stuletnią staruszkę,
wstąp do zakonu,
zamiast liryki pisz wyuzdaną pornografię,
nie rób kompletnie nic,
zacznij żebrać,

tylko przestań wreszcie
jęczeć za moim uchem:
-Boże, taki jestem ogromnie nieszczęśliwy...

Jan Rybowicz



   

                                                           

  Już nigdy nie będziemy kochać tak jak wtedy

Miła, to sentymentalne,
ale nie mogę, nie mogę zapomnieć
nas wtedy
– wtopionych w bursztyn ciszy.

Z jaką nieśmiałą obawą dotykaliśmy swoich rąk
– skrzydeł egzotycznych ptaków.

To powraca do mnie jak motyw śmierci.
Tak drżące były nasze ciała,
tak świeże – ciała prawie dzieci.




Kim, jak nie dziećmi byliśmy
niewinnymi,
bardziej świętymi, niż hostia przenajświętsza.

To jak zadra tkwi w mej pamięci.
Nasze błękitne oddechy,
nasze źródlane oczy
– jeszcze nie ścięte szronem przerażenia –

nasza czułość
delikatna jak nalot pyłku na śliwkach,
czysta i krucha jak kryształ lodu,
naiwna jak młody psiak.
Już nigdy nie będziemy kochać jak wtedy.

Jan Rybowicz.

poniedziałek, 5 grudnia 2022

Mieczysław Jastrun - Poza czasem

 




Poza czasem


Nic nie obchodzi mnie złoty wiek tych sosen
Ani biały czas goździka,
Ani czas kurzu na szosie,
Ani czas mijających obłoków.


Traci ważność, czy żyłem wiek czy chwilę.
Wystarczy jedno spojrzenie w oczy słonecznika,
Roztarcie macierzanki w dłoniach,
Jakakolwiek woń bezokolicznikowa,
Cokolwiek z niezauważalnych zwykle rzeczy ziemi,

Ujrzanych nagle tak,
Że ich kształt o nieszczelnych powiekach
Przeczy mijaniu (wody, obłoków, człowieka).


Andrzej Sikorowski - Dobrze pamiętam


Pamiętam pocałunki pierwsze
Które nas ogrzewały zimą
Od rana mówiliśmy wierszem
I nigdy nie zabrakło rymów
Pamiętam, jak wilgotne dłonie
Wolno uczyły się dotykać
I nie istniało słowo "koniec"
W naszych słownikach


Na wzorzystym pamięci dywanie
Unosimy się, miły, nad światem
Przesuwamy wydarzeń różaniec
I od przeżyć płacimy podatek




Przytuleni do siebie jak dzieci
Na pamięci lecimy dywanie
A ten płomyk daleko w zamieci
To piosenka, co po nas zostanie


Pamiętam dobrze pierwszy zeszyt
Atramentowe rzędy liter
I tyle bardzo ważnych rzeczy
Z których nijaki dziś pożytek


Ale gdy z losem się zmagamy
I wciąż nie wiemy, co się święci
Jest coś, co tak naprawdę mamy
To dar pamięci...

                                                               

Józef Baran - Wieczność




być może powrócimy tam do rozmów
które przerwaliśmy tu
w najważniejszym miejscu


do spotkań
które tak ciekawie się zapowiadały
lecz zegarek nawoływał do rozstania

dobudujemy szyny w nieskończoność
wszystkim napoczętym podróżom
które ugrzęzły w szczerym polu


zaschnięte strumyki wytrysną na nowo
i rozbiegną się we wszystkie strony

z wątków porzuconych w pośpiesznym marszu
wysnujemy zaniechane losy


wszystko co przeżyliśmy będzie tam rozrastało się do
niebotycznych rozmiarów pęczniało rozpleniało
na naszych oczach splatało i rozplatało niczym
w tropikalnych nie strzeżonych ogrodach


i wszystko czego nie zdążyliśmy ziścić (jakież niewiarygodne
historie mieściły się w spojrzeniach krzyżowanych z przypad-
kowymi ludźmi i jak szybko przecinaliśmy je nim zdążyły
się wydarzyć)
albowiem żyliśmy pośpiesznie rozsiewaliśmy tylko
ziarna na wiatr
nie oglądając się za siebie

i wielkie będzie nasze zdziwienie
gdy chcąc przeżyć wszystko od początku
będziemy się musieli przedzierać
przez niezgłębioną puszczę wieczności

Józef Baran 

sobota, 3 grudnia 2022

MOJA NIEDZIELNA KARTKA Z KALENDARZA.


 

Krzysztof Ćwikliński - Najlepiej


Fabian Perez 




Najlepiej jest nie wiedzieć. Nic nie wiedzieć. Tylko
Czuć smak porannej kawy, przy której papieros
Jest rzeczą przewyborną. Taką krótką chwilką
Rozkoszy, że gdy gaśnie, gaśnie świat. Dopiero

Wtedy przychodzą myśli. Coraz szybciej stuka
Złudzenie - kalejdoskop niepotrzebnej wiedzy...
Bo lepiej jest nie wiedzieć. Łatwiej jest oszukać
Oddech, uśmiech, spojrzenie. Tak można wyprzedzić
Samego siebie. Potem zgubić cień i zniknąć.
Już tylko opisywać miłość, zamiast kochać...

Lepiej jest nic nie wiedzieć... Lepiej jest, gdy krzykną
W parku pobliskim pawie lub zaskrzeczy sroka...

Krzysztof Ćwikliński

piątek, 2 grudnia 2022

Andrzej Waligórski - Biuro Spraw Beznadziejnych

 



Posłuchaj, o nocy blada
I zwierzu ukryty wśród traw:
Oto jest smętna ballada
O Biurze Beznadziejnych Spraw!

Niewielkie to biuro się mieści
We wnętrzu mego mieszkania
Przy Beznadziejnej Czterdzieści,
Parter, wstęp bez pukania.

Przychodzą tam po kolei
Albo po kilka osób,
Ci co nie mają nadziei
Na polepszenie losu,

Na przykład nieuleczalnie
Chorzy, co muszą skonać,
Albo ci, co fatalnie
Kochają się w cudzych żonach,

A zwłaszcza w żonach ministrów, 
Które się nie chcą rozwieść, 
I mnóstwo niedoszłych artystów, 
I takich, co piszą powieść 


Skazaną na niewydanie 
Już w embrionalnym stanie, 
I śliczne, choć smutne panie, 
Więc pełne jest moje mieszkanie…

Posłuchaj, o nocy blada,
Ty, zwierzu, posłuchaj ballady,
Jak z tymi ludźmi gadam,
Jakie im daję rady…

Lecz najpierw herbatkę im daję,
Która jest słodka i czarna,
I mówię z udanym żalem,
Że muszę wyjść na kwadrans,

Że chwilę zostaną sami,
Więc niech się nie gniewają…
A potem schowany za drzwiami
Słucham jak rozmawiają…

A w ich rozmowach jest smutek
I żal, i ból, i łzy,
Ale tych rozmów skutek
Nie jest bynajmniej zły,

Bo sobie mnóstwo pocieszeń
Mówią, podają sposoby:
A to na pustą kieszeń,
A to na wszystkie choroby.

I mogą się wygadać,
Ponarzekać, pobiadać
I sprawdzić wielokrotnie,
Że nie cierpią samotnie.

O, zwierzu, który nocą
Błądzisz, wyjąc ponuro,
Posłuchaj teraz, po co
Prowadzę to całe biuro?

Po to, że moje prywatne
Zmartwienia i rozpacze
Wyglądają przy tamtych
Całkiem, całkiem inaczej.

O, takie są malutkie,
O, takie są niewielkie,
Już po prostu nie smutki
Tylko komary lub pchełki

Rozpatrywania nie warte…
Dlatego otwieram w kolejny
Każdy (z wyjątkiem świąt) czwartek
Swe Biuro Spraw Beznadziejnych.

Więc – żebyś w trosce nie żył –
Więc – żebyś nie żyła w płaczu –
Przyjdź do mnie, ponury zwierzu,
Przyjdź, nocy, targana rozpaczą…

Zbigniew Herbert – Kalendarze Pana Cogito




1.


Pan Cogito
przegląda czasem
swoje stare kieszonkowe
kalendarze


i wtedy odjeżdża
jak na białym parostatku
w czas przeszły dokonany


na samą granicę horyzontu
własnej niepojętej istoty



widzi siebie
w dalekim tle
ciemnego obrazu


Pan Cogito
doznaje uczucia
jakby spotkał
kogoś dawno zmarłego



lub niedyskretnie czytał
cudze pamiętniki
stwierdza bez satysfakcji
żelazną konieczność obrotów ziemi
następstwo pór roku
nieubłagane tykanie zegarów


i znikliwą
przerywistą linię
własnej egzystencji


owego pamiętnego dnia
(imieniny ukochanej)
słońce wstało dokładnie
szósta trzydzieści pięć
zaszło o ósmej dwadzieścia jeden


natomiast wspomnienie
panny
jest mgliste
imię zaledwie
kolor oczu
piegi
drobne ręce
śmiech
nie zawsze sensowny


kalendarz informuje dokładnie
że księżyc był w nowiu
i tak było na pewno
ale czy o n a była i on
i ogród i czereśnie


2
Niepokój budzą w Panu Cogito
zapiski osobiste


Hala.
Spotkanie z Leopoldem.
Złożyć podanie o paszport.


ale schodząc głębiej
w zakamarkach jaźni
Pan Cogito
odkrywa miesiące
nie zapisane
żadną notatką
choćby tak banalną
jak – oddać bieliznę do prania
– kupić szczypiorek


żadnego znaku
żadnego numeru telefonu
żadnego adresu


Pan Cogito
wie co znaczy
złowróżbna
cisza
zna dobrze
ciężar
ślepych
wyblakłych
kartek
mógłby zniszczyć tę pustkę
zapisać byle czym


Pan Cogito
troskliwie przechowuje
szarobłękitne kalendarze
– jak łuski wystrzelonych nabojów
– wykres absurdalnej choroby
– jak pamiętnik pogromu

czwartek, 1 grudnia 2022

Marian Załucki - Szukam wspólnika

 





Postanowiłem dać anons taki do dziennika

odpowiednio duży,

by uwagę skupiał:


CHCĘ ZOSTAĆ PORZĄDNYM CZŁOWIEKIEM -

POSZUKUJĘ WSPÓLNIKA!


Sam się nie będę wygłupiał!


Marian Załucki