Trochę będą skaczące te moje wspomnienia..... dzisiejsze są jakby kontynuacją wspomnień o Powstaniu Warszawskim z mojego blogu z dnia 6 sierpnia b.r. .
jest to zachowana przeze mnie w dysku zewnętrznym kopia listu z 31. 10. 2010r. do Pana Jacka - mieszkającego kiedyś w W-wie, w jednym z domow Wawelberga, obecnie w Australii. Jego siostra jest nadal mieszkanką odbudowanego po wojnie domu Wawelberga.
Kręci prywatnie film o Warszawie dawnej i obecnej.... przeczytał gdzieś moje opisy powstania na Woli / chyba w Klubie Seniora / i zwrócił się do mnie byn szerzej opowiedziała o swoich losah.... chciałby umieścic je w tym filmie.
Nie skracając, ani zmieniając podaję treść tego, skopiowanego listu do P. Jacka.
Drogi Panie Jacku!
Bardzo mnie Pana list ucieszył i zainteresował. Oboje – mieszkańcy Woli, mimo że urodzeni w innych epokach historycznych mamy jednakowe korzenie – domy Wawelberga.
Losy jednak zupełnie inne i domy już też nie te Panie Jacku.
Fragment podwórka..... ale piaskownicy, w której się bawiłam już nie ma.
Identyczne jak kiedyś wejście od ulicy..... po prawej stronie byla tzw. wówczas mydlarnia, do której babcia mnie nieraz posyłala ...
W latach sześćdziesiątych odważyłam się pierwszy raz (i chyba ostatni ) skonfrontować swoje wspomnienia domów Wawelberga z lat czterdziestych z ówczesnymi. Niestety nie było tam ani małej kilkuletniej dziewczynki, ani tej już bardziej dorosłej, dziewięcioletniej. Moje miejsce zabaw - podwórko nie budziło we mnie żadnych wspomnień. To nie było moje podwórko......… chyba nie powinno się wracać w miejsce dzieciństwa z nadzieją, że ono na chwilę odżyje. Nic nie może być takie same po dwudziestu latach.
Nie wchodziłam już do klatek schodowych. Chcę Panu powiedzieć, że mnie wtedy jako dziecku nie przeszkadzały punkty sanitarne na korytarzu, bo to było jakby od zawsze.
Pamiętam natomiast mieszkanie dwupokojowe, z starymi, porządnymi, ciężkimi meblami i stojącym dużym zegarem, babcię wdowę, brata o rok starszego i mamusię, też od 1939 roku wojenną wdowę, walczącą dzielnie o przetrwanie i utrzymanie naszej gromadki.
Nie pamiętam byśmy cierpieli biedę, żyliśmy jak wszyscy i mimo okupacji nie miałam nieszczęśliwego dzieciństwa….nie odczuwałam braku lalek, zabawek…. ..... ....... koleżanki na podwórku też ich nie miały.
Ale za to w trzeciej klatce na parterze była świetnie jak na tamte czasy zaopatrzona biblioteka dla dzieci i młodzieży…. i od piątego, szóstego roku życia byliśmy z bratem stałymi jej czytelnikami..
Mama i babcia wieczorami po ułożeniu nas do łóżek - siadywały latem z sąsiadkami pod oknami na ławce…. do tej pory słyszę dochodzące przez otwarte okno odgłosy ich rozmów. Okupacja powodowała, że mieszkańcy naszej klatki schodowej byli zżytą społecznością…. nikt nie obawiał się policjanta mieszkającego na parterze, podkarmiano wspólnie z nim żydóweczkę Lodzię wędrującą od mieszkania do mieszkania. Miał córkę zbliżoną wiekiem do Lodzi.
Między pierwszym, a drugim piętrem, albo drugim a trzecim na korytarzu znajdowała się skrzynka z licznikami prądu, która służyła jako schowek podziemnych gazetek. Ktoś te gazetki dostarczał, a czytali je wszyscy, pewnie i policjant również.
Jednego nie zapomnę – strachu, który nam wtedy ciągle towarzyszył. Na ulicach bardzo bałam się mundurów niemieckich, rozumiałam już co znaczą łapanki uliczne i domowe.
W naszym mieszkaniu - dwukrotnie pamiętam przechowywaliśmy w nocy, w jednym z pokoi z drzwiami zastawionym szafą kilkanaścioro młodych chłopców i dziewcząt zebranych z całego domu bo spodziewano się nocnych aresztowań. Szczęśliwie do tego nie doszło. Pamiętam natomiast śmiechy dobiegajace w nocy z tego pokoju i uciszającą ich zdenerwowaną babcię
Nie zapomnę nalotów nocnych. Syreny - alarm, ubieranie się w biegu, szybkie zbieganie do piwnicy, koniec alarmu – wrócą, nie wrócą. I ta moja biedna mama z dwójką dzieci i babcią staruszką, pilnująca by wszystko przebiegało jak najsprawniej.
Potem powstanie - osobny rozdział. Piąty sierpień. Rzeź, która na zawsze pozostanie w pamięci. Długo by o tym opowiadać. Ale przeżyliśmy. Po powstaniu kolejno dwa miesiące w Strzykułach, majątku ziemskim pod Warszawą, gdzie właściciel udostępnił uciekinierom prycze ze słomą w folwarcznym pomieszczeniu dla służby, potem Ożarów, Łowicz i wieś Górki pod Łowiczem. Tam w małej chałupinie, przylegającej do muru cmentarza / nocami pod tym murem odbywały się egzekucje / doczekaliśmy wkroczenia wojsk radzieckich.
Po dalszej tułaczce, zakończonej na dobre w Gdyni - mama nie myślała już o powrocie do Warszawy. Nie było do czego. Moja dalsza, dość liczna rodzina popowracała jednak, wszyscy powoli jakoś się urządzili, oprócz jednego z wujków, który stracił w powstaniu syna jedynaka i wielki majątek. Rzucił się pod pociąg gdy upewnił się ostatecznie, że jego ukochany syn nie żyje i dowiedział się od jego kolegów, gdzie poległ i kiedy.
A potem – jak wszystkim, nie było lekko, mama bardzo dużo pracowała po godzinach /co teraz się uważa za normalne / i dała jakoś z trudem radę nas wykształcić. Ja skończyłam chemię na politechnice, brat ichtiologię w WSR w Olsztynie. Mieszkałam w Gdyni 22 lata. Ale losy rzuciły mnie na drugi kraniec Polski do Zakopanego, gdzie mieszkamy z mężem przeszło 40 lat w domu zbudowanym w latach trzydziestych XX wieku – przez teścia, przedwojennego majora. Jeszcze coś – mąż urodził się trzy lata przede mną również w domu Wawelberga.
Kilka słów o moich przodkach – dziadek od strony mamy był piłsudczykiem, fabrykantem, no może trochę za szumnie – prowadził małą fabryczkę garbarską, zadłużył się u Żydów i zbankrutował. Przy jego fantazji musiał zbankrutować. Miewał kosztowne pomysły, np. przejażdżki na białym koniu ulicami Warszawy, zakłady na wyścigach konnych. Ale posiadając przyznaną mu przez Piłsudskiego emeryturę - do końca życia powodziło mu się nieźle.
Tata też był człowiekiem nietuzinkowym. Pochodził z kieleckiej wsi. W wieku 15 lat uciekł z domu i podając się za starszego niż był zaciągnął się do legionów. Legioniści pomogli mu zdobyć wykształcenie, po wojnie był pracownikiem sejmu - rozstrzelany przez Niemców jako zakładnik w pierwszych miesiącach wojny 1939r. Mama – warszawianka po przedwojennej Szkole Handlowej, bardzo surowo wychowywana przez dziadka. Dlatego własnym dzieciom zostawiała dużo swobody.
Tata męża miał bardzo ciężkie i ciekawe życie, uczestniczył w trzech wojnach: rosyjsko japońskiej w 1905r., światowej w 1914 - 1918r i II światowej w 1939r.. Kiedyś jego historię opisałam w dokumentalnym fotoreportażu , jeśli byłby Pan nim zainteresowany mogę go przy okazji przesłać - zdjęcia z komentarzami na które Pan natrafił w internecie nie pochodzą z blogu, tylko z wielo tematycznego forum o nazwie Cafe Klub Seniora. Moje wpisy o domach Wawelberga pochodzą z 2008r..... przy okazji Pana listu przypomniałam sobie o nich. Co do blogów jako takich - owszem prowadzę dwa blogi poetyckie, z poezją znanych i nieznanych poetów. Jestem wielką miłośniczką poezji.
Zaciekawił mnie Pana film, chętnie bym go obejrzała….jak rozumiem oparty jest na faktach autentycznych. Niestety nie znam języka angielskiego, więc obejrzenie go z płyty nic by mi nie dało. Czy już ukończony? Dlaczego zamieszkał Pan w Australii? Czy osiadł Pan tam na stałe? Córka jednak jak Pan pisze wybrała Polskę i czwarte pokolenie rośnie na Górczewskiej 15.–.Gratuluję. Mój syn, trochę młodszy od Pana, też od dwóch lat jest dziadkiem. Czyli nas o zgrozo uczynił pradziadkami.
Przepraszam, że odpisuję z opóźnieniem, ale by zmieścić to co powyżej - pisałam ten list z doskoku przez kilka dni. Wyobrażam sobie jak Pan się znudził. Ale tak to ze mną jest, jak już zacznę pisać, to trudno mi skończyć.
Pozdrawiam serdecznie. A. Z.
PS. Co do Facebooka też nie jestem przekonana, ale zrobił się tak popularny, że po prostu nie wypada w nim nie być.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz