BABCIA
Babci już dawno umarł mąż,
a starość była tą cięciwą,
która coraz bardziej zaokrąglała łuk jej pleców.
Bała się też bardzo samotności
i dlatego miała wiele kotów -
fałszywych książąt Albrechtów,
które w hołdzie składały jej myszy
na czerwonym dywaniku pokoju
Oprócz tego babcia
ubierała na noc krzesło w ubranie swego męża,
wkładała na laskę jego kapelusz,
żeby mieć wrażenie, że ktoś siedzi obok niej.
Zawsze potem, gdy drzemała nad ranem,
wydawało jej się,
że to jak dawniej wrócił właśnie z nocnej zmiany z fabryki jej stary.
I że jak zwykle usiadł i czeka, aż się ona obudzi...
Święto Babci dobiega końca, ale wspomnienienia o niej przechowuję głęboko w pamięci - .Jestem jedyną, żyjacą jeszcze - jej wnuczką
Wczesna młodość babci przypadła na czasy zaboru rosyjskiego, szczęśliwie przeżyła I i II wojnę światową, powstanie warszawskie, późne czasy stalinowskie, doczekała się nawet ich upadku i śmierci Stalina.
Nie zapomnę gdy w czasie okupacji - wieczorami babcia siadała w ulubionym swoim ledwo oswietlonym lampą naftowa kąciku pod oknem, - a my, tzn. brat i ja, wtedy kilkuletnie dzieci - koło niej.
I snuła długie , często prawdziwe opowieści, których słuchaliśmy z przejeciem, albo nam spiewała. Przeważnie rzewne piosenki patriotyczne i legionowe….. Śpiewała prawie do samej śmierci, nawet gdy pod koniec życia zaatakowała ją w niewielkim wprawdzie stopniu - demencja,,,,, żyła 86 lat.
Miała na imię Maria - dziadek mówił do niej „Maniu”
Mania nie miała z dziadkiem lekko. Grał ze zmiennym szczęściem na wyścigach , podobno z fantazją jeździł na białym koniu ulicami Warszawy. Zadłużony u Żydów zbankrutował. Jednak przy dożywotniej rencie od Piłsudskiego oraz bez dziadka szaleństw żyło im się skromnie, ale nieźle.
Jak opowiadała babcia - pozwalał mi się bawić w popielniku, miałam wtedy ok. 2 lat, więc tego nie pamiętam.
Umarł na serce rok przed wybuchem wojny,. Mieli sześcioro dzieci, trzech synów i trzy córki. Edward, / Edek /– jeden z synów b, przystojny, o pięknych oczach chorował na gruźlicę. Gruźlica zbierała wtedy żniwo, stała się przyczyną również i jego śmierci. W rodzinie krąży opowieść, że kochał się nieszczęśliwie, słuchał na okrągło płyty z piosenką „To ostatnia niedziela” W końcu roztrzaskał ją kiedyś o ścianę.
W powstaniu warszawskim mama drżala o nią, zasłaniała chustką jej siwe włosy…… Niemcy wyciagali starsze osoby z tłumnego, gnanego przez nich szeregu i na miejscu rozstrzeliwali.
Przeżyła powstanie. A potem tułaczkę z nami – całą gromadką pod opiekuńczymi skrzydłami mojej mamy.. szukającej po powstaniu nowego, choćby chwilowego miejsca do życia
Ta gromadka to – babcia 70- kilkuletnia, ja - 9 letnia, brat - 11 letni, siostra cioteczna Hania – 13- letnia. Miejscem na chwilę stała się niewielka chałupka w Górkach - kilka kilometrów pod Łowiczem . W Łowiczu mieszkała b. daleka babci rodzina.
Chałupka przylegała do cmentarnego muru, pod którym, z drugiej strony odbywały się nocą egzekucje. Gdy słychać było nadjeżdżający samochód wiozący więźniów w ich ostatnią drogę – u nas robiło się cicho i ciemno, tak by dom mógł uchodzić za pusty, niezamieszkały. Z za sąsiadującego z nami muru cmentarnego dochodziły odgłosy strzałów i krzyki.
Rodzina
babci z Łowicza nigdy nas nie zaprosiła do siebie.…… prawdopodobnie zakłócilibyśmy ich ustabilizowane , mimo niepewnych, okupacyjnych czasów – życie. Ale pewnie z uwagi na wiek
babci i dalekie pokrewieństwo oraz duże mrozy zatrzymali ją jednak, do wiosny u siebie.
Pamiętam jak w mroźną noc wigilijną cała nasza gromadka wędrowała z Górek do Łowicza, do babci by złożyć jej życzenia i podzielić się opłatkiem. Widzieliśmy się z babcią tylko przez szybę.… rozmawialiśmy z nią na migi . Do tej pory mam przed oczami tą scenę…. nas przytupujących i zmarzniętych oraz babcię za szybą..
Po wojnie mieszkała głównie u najstarszego syna, którego podobno najbatdziej kochala. Do nas przywoził ją syn tylko na czas wakacji.i ferii. Starala się wtedy jak mogła, a nie mogla już prawie nic.... pomagać mojej mamie. Wieczorami, jak zawsze odkąd pamiętam siadywala gdzieś w cichym miejscu i cichutko śpiewała swoje ulubione piosenki, głównie te dwie: " O gwiazdeczko" i Wróć Jasieńku" Pewnie dlatego piosenka o gwiazdeczce to moja ulubiona piosenka.
Razem z dziadkiem leżą na cmentaru wolskim w Warszawie.
O gwiazdeczko...
Gdym ja ujrzał świat,
Czemuż to tak, gwiazdko mała,
Twój promyczek zbladł?
Czemu już mi tak nie płoniesz
Jak w dziecinnych dniach,
Gdym na matki igrał łonie
W malowanych snach?
Prędkoś, prędkoś żeglowała
Po niebieskim tle,
O gwiazdeczko moja mała,
Wiodłaś ty mnie źle.
Wartko biegłaś wśród niebiosów,
Jam też chyżo żył,
I z żywota złotych kłosów
Wcześniem wieniec wił.
Znikły róże, zwiędły wieńce,
Pożółkł życia maj
I zapały, i rumieńce,
I tych złudzeń kraj.
Wszystko mi tu nad okołem
Łza pomroku ćmi,
Ach, bo blada nad mym czołem
Ma gwiazdeczka tkwi.
O gwiazdeczko, dawne życie
W tym promyczku wznieć
I, jak dawniej, na błękicie
Jeszcze dla mnie świeć.
Niech me serce jeszcze zazna
Doli młodych lat,
Nim mnie ręka pchnie żelazna
Za słoneczny świat.
1842 r.
Słowa: Wiktoryn Zieliński, Muzyka: Kazimierz Lubomirski.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz