Zgarbieni pod ciężarem, który niekiedy
jest widoczny, a niekiedy nie,
brną w błocie albo w piasku pustyni,
pochyleni, głodni,
małomówni mężczyźni w grubych kaftanach,
ubrani na wszystkie cztery pory roku,
brną w błocie albo w piasku pustyni,
pochyleni, głodni,
małomówni mężczyźni w grubych kaftanach,
ubrani na wszystkie cztery pory roku,
stare kobiety o pomiętych twarzach,
niosące coś, co jest niemowlęciem, lampą
– pamiątkową – albo ostatnim bochenkiem chleba.
To może być Bośnia dzisiaj,
Polska we wrześniu 39, Francja –
osiem miesięcy później, Turyngia w 45,
Somalia lub Afganistan, Egipt.
Zawsze jest wóz, albo przynajmniej wózek,
wypełniony skarbami (pierzyna, srebrny kubek
i szybko ulatniający się zapach domu),
wypełniony skarbami (pierzyna, srebrny kubek
i szybko ulatniający się zapach domu),
samochód bez benzyny, porzucony w rowie,
koń (będzie zdradzony), śnieg, dużo śniegu,
za dużo śniegu, za dużo słońca, za dużo deszczu,
i to charakterystyczne pochylenie,
jakby w stronę innej, lepszej planety,
mającej mniej ambitnych generałów,
mniej armat, mniej śniegu, mniej wiatru,
mniej Historii (niestety, takiej planety
nie ma, jest tylko pochylenie).
Powłócząc nogami,
idą powoli, bardzo powoli
do kraju nigdzie,
do miasta nikt
nad rzeką nigdy.
7 komentarzy:
Nawet nie wyobrażam sobie takiej tułaczki, to jak powolna śmierć!
Pokolenie, które to przeżyło, prawie już odeszlo, żyją jeszcze pojedyncze jednostki......
Teraz mamy obok nas - tułających się, poszukujących kąta do życia , do godnego zycia - szczujemy na nich i podjudzamy.
Bardzo ciekawie napisany wiersz. Czytam już któryś raz i bardzo trafia do mnie taka forma.
Bardzo realistyczny obraz...
Donko, czy wszystko dobrze u Ciebie?
Marku! Z upoważnienia Donki- jestem z nią w kontakcie:
Donka pięknie dziękuje za życzliwe zainteresowanie. Przerwa chwilowa, wkrótce wróci do blogowania, serdecznie pozdrawia.
Dobrze to słyszeć. 🙂 Dziękuję!
Prześlij komentarz